piątek, 30 czerwca 2017

Drażba, Cruz-Bernal, de Walla, Dvořáčková, Fudali, Spaziani, Dziuba

I

Joanna Drażba – Łza

Kap... i spadła. Roztrzaskała się o realia.
A toczyła się tak spokojnie po twarzy.
Po twarzy bez wyrazu, przeźroczystej.
Lecz cicho! Bo dusza tej mgły jeszcze marzy.

Kap... i spadła. Rozbiła się o rzeczywistość.
Była zbyt słaba, nieziemsko delikatna.
Przeraziła ją wymarzonych perspektyw mglistość.
Ona jest przecież dziecinnie jedwabna i księżycowa.

Kap... i spadła. Zderzyła się z prawdą.
Łza, która szuka szczęścia i oparcia
A spotyka się z bezlitosną pogardą
I brakiem tolerancji, współczucia. Boi się starcia.

Kap... O nie! Już nic nie spada.
Skończyły się łzy. Brak im sił na rzeczywistość.
Zrozumiały, że nic nie pomogą,
Są cicho. Chcą zachować swoją swoistość.

Nie ma już nic, co by mogło spływać po twarzy.
Nie ma już łez, które załamywały promienie świata.
Nie ma już sił na płacz. Każdy swą wartość waży
i zdejmuje odważniki. A może waga jest zepsuta?

20 lutego 1987

18952677_549702768752923_5119011307484797085_n

Joanna Drażba urodziła się 24 czerwca 1971 roku, umarła w swoje dwudzieste czwarte urodziny w roku 1995.
Była studentką polonistyki na UAM w Poznaniu, miała artystyczną duszę i przez ostatnie cztery lata życia zmagała się z ciężką chorobą nowotworową. Opiekował się nią profesor Jacek Łuczak, który również doprowadził do wydania wierszy i pamiętnika Joanny „Za parawanem powiek”.
Jej pełne ciepła, emocji i refleksji nad życiem, cierpieniem i śmiercią teksty zdobyły sporą ilość czytelników, zostały również przetłumaczone na język angielski i węgierski, a tomik doczekał się kilku wznowień.
Imieniem Joanny Drażby nazwane zostało hospicjum Palium w Poznaniu oraz ogólnopolski konkurs literacki Polskiego Towarzystwa Opieki Paliatywnej.

Źródło: Za parawanem powiek, Joanna Drażba, Poznań, 1995

II

Mairym Cruz-Bernal - Uprawialiśmy miłość na krześle

Uprawialiśmy miłość na krześle.
Miał długie włosy, które lubiłam zarzucać do tyłu
długie włosy, które lubiłam wąchać,
zaplatać.
Gdy trzymał mnie mocno - trudno to wytłumaczyć -
to było coś więcej, niż seks
krzesło i dwie osoby
czujące siebie
on wkładający coś co pozwala się wkładać w nią
i proste niemalowane drewniane krzesło
wytrzymując cały ciężar dwóch żyć dwóch win, dwóch szczelin.
Mężczyzna, który niczego nie posiadał jak i nikomu nie służył.
Istnienie godne pożałowania i wolne.
Trudno było rozplątać jego włosy i me życie
jego długiewłosy, dzikie
welon zasłaniający mu połowę twarzy
który lubiłam zarzucać do tyłu
aby policzyć drzazgi muskające jego czoło.
Mężczyzna z długimi włosami, dziki
część mej martwej przeszłości.
Czasami, kiedy uprawiam małżeńską miłość,
występując w intymnym teatrze mego pokoju
patrzę na krzesło
i myślę o rozkoszy, jakiej się na nim doznaje
i czuję, że jest w tym łóżku, w którym ja jestem niewierna.

Tłum. Mieszko A. Kardyni, Paweł Rogoziński

19029443_546293549093845_2389020799973819876_n

MAIRYM CRUZ-BERNAL - Poetka, eseistka i prezes PEN Clubu w Puerto Rico. Ukończył studia na wydziale psychologii na Uniwersytecie Loyola w Nowym Orleanie (1983) i literaturę w Vermont College. Debiutowała w 1995 roku, od tego czasu wydała kilka tomików wierszy. Jej wiersze były tłumaczone na język macedoński, arabski, chorwacki, słoweński, włoski, portugalski, angielski, niemiecki, francuski i polski.

Wiersz pochodzi z antologii "Biały/ Najnowsza poezja latynoamerykańska/ Portoryko".
Mieszko A. Kardyni (1961), Paweł Rogoziński (1972), znawcy literatur latynoamerykańskich, tłumacze poezji i prozy latynoamerykańskiej oraz prekolumbijskiej. W swoich pracach badawczych i twórczych koncentrują się przede wszystkim na historii literatur latynoamerykańskich oraz literaturze prekolumbijskiej Ameryki Łacińskiej, literaturze współczesnej hiszpańskich Karaibów i współczesnej literaturze meksykańskiej.


III

Kinga Weronika de Walla – skorupy

kochana mamo, nikt mi nie powiedział,
że trzeba czuć ziemię pod stopami. nie stawać
na krześle, nie skakać z okna dla jednego cudu więcej.

zanim wyleje się krew i zadudnią ulice,
posiedzę w brzuchu wiatru. wyjdę na zewnątrz
tafli deszczu budować morza, wysokie fale.

spróbujmy drążyć skały, przyswoić drganie światła!
powtórzyć, zapamiętać, złagodzić cierpkość i chaos.

kochana mamo, czy można zabić człowieka?
mówią, że trzeba wziąć się w garść,
pozbierać skorupy i zasnąć.

19029724_550645031992030_3693726514296316172_n

Kinga Weronika de Walla – absolwentka Kulturoznawstwa i Psychologii społecznej. Ukończyła PSM I stopnia w klasie skrzypiec. Laureatka nagród i wyróżnień w ogólnopolskich konkursach poetyckich. Swoje wiersze prezentowała w prasie literackiej oraz w internetowym Radio Liryka. Uczestniczka festiwalu „Poznań Poetów” w 2013 roku. Współautorka polsko-niemieckiej antologii „Kindheit in Deutschland. Dzieciństwo w Polsce” (Berlin 2015). Laureatka stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury. Autorka tomiku „Twarze niedomknięte” (Fundacja Kultury Afront, 2017).

IV

Vlasta Dvořáčková - Mężczyzna z getta

Z brudnej ciemności wystaje
tylko twarz,
twarz, którą porzucali
ludzie za murem getta.
(Rozkład każdego getta jest taki sam,
Chociażby każdy władca wznosić je kazał inaczej.)
Czoło
mężczyzny z getta
już wyczulone na koncert dachów, kopuł i bruku,
usta
mężczyzny z getta
wdrożyły się już w nazwy wszystkich dziecięcych zabaw,
nos
mężczyzny z getta
wychynął już, choć jest znaczniejszy niż gwiazda,
tylko oczy
nie zdołały jeszcze znaleźć przedmiotu pragnień:
sznurka dla powiązania w całość dni i nocy,
chusteczki ze zrobionym na rogu supełkiem,
miękkiego kawałeczka zielonego wosku,
czarnej, okrzepłej odrobiny
nadziei.

Przełożyła Krystyna Szlaga

/Antologia poezji czeskiej i słowackiej XX wieku, Wydawnictwo "Śląsk" Katowice, wyd. I, 1972/

19146247_549697788753421_1270107720825528297_n

Vlasta Dvořáčková (ur. 27 lutego 1924), czeska poetka i tłumaczka literatury polskiej i anglojęzycznej, absolwentka praskiego Uniwersytetu Karola, związana z programem „poezji dnia powszedniego”. Debiutowała jako poetka w 1957 roku. Znana jest głównie z tłumaczeń polskich poetów, a zwłaszcza Tadeusza Różewicza, który jest jej najbliższy (tłumaczyła nie tylko wiersze poety, ale utwory dramatyczne). W pracy translatorskiej wyróżniła się także przekładami wierszy Szymborskiej, Miłosza, Herberta, Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej, Iwaszkiewicza, a także Jana Andrzeja Morsztyna.

Krystyna Szlaga (1938 – 2016), polska poetka, autorka sztuk teatralnych i słuchowisk, tłumaczka, absolwentka filologii słowiańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim.



V

Magdalena Fudali - Niektóre kobiety

Nie powinny rodzić córek
jak jej matka
z pewnością
kochałaby syna
nawet chorego bardziej
niż dwubiegunową dziewczynkę
która tnie
i szuka zegarka
którym zakryje nadgarstek
albowiem ciało
nie może
przynieść wstydu
matce katoliczce

19060103_550661285323738_8234055583328779086_n

Magdalena Fudali ( ur.17 września 1997 roku) - strzelinianka, poetka, przed debiutem książkowym.


VI

Maria Luisa Spaziani – * * *

Łapię dłoń z powietrza i przecież jest ciepła,
rozbiera mnie do naga, wchodzę w częstotliwość
niebieskich fal. Wystarczy chmura,
żeby wysnuć twój profil.

Kilka zmysłów nie odpowiada na apel. Brakuje
dzikiego zapachu skóry. Ale niemy
anioł ostrzega i każe przystanąć.
„Już ci wiele nadeszło. Niech wystarczy”.

Z La traversata dell’oasi- poesie d’amore 1998-2001, Mondadori 2002, tłum. Jarosław Mikołajewski

19149474_555770514812815_8092778290135322290_n

Maria Luisa Spaziani (1922- 2014). Włoska poetka urodzona w Turynie, pracowała jako nauczycielka języka francuskiego. Pisała również krótkie opowiadania; autorka esejów, licznych artykułów prasowych. Koordynatorka i autorka kilku prac naukowych poświęconych literaturze francuskiej.

Jarosław Mikołajewski (ur. 1960). Poeta, prozaik, tłumacz, autor książek dla dzieci, laureat m.in. nagrody NOP, nagrody im. Barbary Sadowskiej, nagrody IBBY za najlepszy przekład literatury dziecięcej. Autor siedmiu tomów wierszy. Znawca literatury włoskiej, kawaler orderu Stella della Solidarieta przyznanego przez Prezydenta Włoch.

Fot: Maria Luisa Spaziani


VII

Natalia Dziuba - Kwiaty wiśni

Bujająca korona
Na cudzej, władczej głowie
Dziś będzie decydować o podatkach za deszcz

Zieleń trawy i pąki na krzewach
Kolor nałożony sankcjami
Za żywot prowadzony na Ziemi

Globalne ocieplenie w piecykach gazowych
Rosyjskiego dostawcy gazu
Gaz do dechy!

Krzyczą nihiliści
Ścigający się z życiem
Pędząc na złamanie karku

Pod prąd, pod włos
Istnienie wisi na włosku
Czesanego niedbale przy lustrze niemieckiej marki

Globalne odmarznięcie portfeli ze skóry
Prosiaka, wcześniej kwilącego o wolność w chlewie
W kieszonkach monety się warcholą po kątach

Za te prosiaki kupisz kolejnego ślicznego prosiaka
W kotletach, bo prawdziwy Polak musi jeść ziemniaki ze schabowym
I prawdziwy Polak musi klnąć na nieurodzajną pracę

Wścibskich sąsiadów oraz na każde żyjące zwierzątko,
Które się tapla we własnym błotku szczęśliwiej od niego
Mimo marnej paszy i przymusu oglądania zieleni za ogrodzeniem

To moje błoto, to moje złoto
Odsuńcie się świnie od mojego koryta
I przestańcie wyjadać mi paszę

Kwiczysz żałośnie do pustego koryta
Podatkowanego z funduszu Unii Europejskiej
Świńskie komentarze adresowane do świata

Chowasz do chlewu, skąd wyrywają Cię
Na rzeź
Schabowe się same nie zrobią

Za które trzeba płacić zaskórniakami
Wyjętych z portmonetek ze świńskiej skóry
Skrytych wcześniej w spodniach prawdziwego Polaka

Garbowanego ze skóry podatkami za deszcz,
zieleń trawy i pąki na krzewach
Oglądającego kwiaty wiśni z ekranu japońskiego telewizora

18954999_550881511968382_4666984786789425686_o

Natalia Ewelina Dziuba - urodzona w 1991 roku w Brzegu. Studentka Uniwersytetu Wrocławskiego, kierunek: Terapia Pedagogiczna. Wcześniej studiowała Animację Kultury z Arteterapią na Uniwersytecie Opolskim. Pasjonatka szeroko pojętej kultury i sztuki. Od dwóch lat tworzy rękodzieło. Pisze wiersze od 2008 roku, wróciła do pisania w 2016 roku. Wyróżniona w ogólnopolskim konkursie poetyckim im. Ziemowita Skibińskiego w Poddębicach oraz w Turnieju Jednego Wiersza w Świdnicy. Publikowała w „2Miesięczniku”, „Helikopterze”, „Papierze w dole” oraz publikuje w „Rubikonie”.

Strona autorska: www.facebook.com/ArtworksOfNadia

czwartek, 29 czerwca 2017

Nowe logo Babińca Literackiego

Z przyjemnością przedstawiamy Państwu nasze nowe logo.

Autorka projektu: Małgorzata Południak
Wykonanie: Marta Warzecha

piątek, 23 czerwca 2017

Zbiór opowiadań na Dzień Ojca: Rykowska-Kowalik, Piekarska, Kolańczyk

I


Agnieszka Rykowska-Kowalik - Spotkania z ojcem


Ojciec... był przystojnym, inteligentnym mężczyzną. We wsi mówili na niego Klos lub szlachcic. Nienawidził systemu. Gdy tylko wypił zbyt dużo, przeklinał Lenina, Stalina i inne bardziej współczesne "wyższe" głowy. To od niego dowiedziałam się o Katyniu, w szkole o tym ostatnim nie mówili. To on mi pokazał zdjęcie ks. Popiełuszki. - Twój tata był zdolny tylko leniwy - mówiła ciocia Jadzia, siostra ojca. - To dlatego nie poszedł na studia. - Ale miał głowę do gospodarstwa, dobrze je prowadził, gdy nie pił, kochał ziemię -starałam się go bronić.


Ziemia go przebiła.


Gdy był podlotkiem, pewnego dnia stał na podwórku z kolegami. - Ej chłopak - zawołał mój dziadek - Chodź no tutaj i sprzątnij tę kupę po kuniu. Ojca zalała fala czerwieni na szczupłych policzkach, ale posłuchał i odchody posprzątał.


Dziadek to był dobry człowiek podobno - ani jednego ślimaka nie zabił na polu, ani jednej muchy nie uderzył packą, ni dłonią. Ciężko pracował, by pozostałe dzieci studia skończyły. Jadzia uczyła się na SGPiS, zaś Bronek studiował medycynę. Zawsze byłam zdziwiona, że dostali się na studia, bo przecież w szkole podstawowej mieli przeciętne oceny: pewnie za to, że dziadek długo nie siedział w więzieniu w okresie stalinowskim, a babcia nie musiała do końca jego życia prać zaplamionych krwią koszul. System był silny, ale nie do końca.


Wracając do dziadka, to gdy Niemcy opuszczali wioskę, zostawili u nas w stodole dużo worków zboża, bo piekarnię założyli. Babcia była przebiegła i chciwa, i tak do dziadka powiedziała: - Słuchaj, Jędruś, a może byśmy te worki sprzedali, kupili drzewka i sad założyli, co ty na to? Ale dziadek babci nie usłuchał, miał inne plany, rozdał worki miejscowym, a sobie zostawił tylko jeden.


***


Ciągle, ciągle mi było brak ojca. Powody były różne: dlatego, że dużo pracował, to znowu innym razem brakowało go, ponieważ pił. Gdy miał kaca, przychodził do mnie do łóżka (nie, nie z tych rzeczy, że kazirodztwo) i mówił: - Jagusia, boję się - potem zwykle odchodził. Ja też czasem kładłam się obok niego. Gdy miałam kilkanaście lat i oglądałam horror, pewnej nocy, nagle chwyciłam go mocno za dłoń, tak się wystraszyłam. Nagle zrzucił mnie z łóżka, jakby nigdy nic. Lepszy mój ból, niż jego wstyd. Już nigdy więcej po tym incydencie obok niego nie leżałam. Uczył mnie jak mógł, mimo że prawie sama się wychowywałam.


Raz byłam maskotką - miałam pocieszać, innym razem winna, innym ofiarą. W pamięci utkwił mi taki obraz : stałam pewnego dnia przed bramą z paczką herbatników w dłoni i rozmawiałam z koleżanką Izą. Ojciec właśnie wchodził z ulicy, i gdy usłyszał moje - Iza, masz ciacho - poprawił mnie - Jagusia, nie mówi się "masz", należy powiedzieć proszę - zaakcentował ostatnie słowo.


Klacz sprzedał, gdy miałam dziewięć lat (na rzecz nowego super Ursusa). Bardzo wtedy płakałam, gdy kupiec ją zabierał. Gdzie ta klacz nas wywiozła swego czasu. A to krzaczki zaliczyła w drodze na pole, a to ze stawu wody się napiła, w doły wpadła. Pamiętam, jak bardzo wówczas się bałam i kurczowo trzymałam ojcowskiej koszuli. Gdy minął tydzień od sprzedaży, szkapa kochana pojawiła się pod naszą bramą. Niestety, umowa umową, wrócić do nowego właściciela musiała. Ech...


Miałam niespełna szesnaście lat. Zmarł. Umierał wówczas, gdy ja tańczyłam na dyskotece ze swoją pierwszą, platoniczną miłością. Taniec i śmierć.


W wakacje zwykle byłam „zatrudniana” przez rodziców. W skwarze dnia musiałam pielić, a Quo Vadis, Potop i inne leżały na stole i zerkały rozmarzonym wzrokiem nie bez tęsknoty, by kartki ktoś popieścił. Ojciec pielił w kapciach. – Szybciej – popędzał mnie. – Ja nie umrę tak szybko, jak Kazik. Jestem szczupły, a on był gruby. Zmarł po dwóch miesiącach. Mój ukochany ojciec... Wcześniej, tydzień przed śmiercią, siedział w kuchni przy stole oparty o łokieć i uśmiechał się delikatnie. - Dasz mi buzi? - spytał. - Jak za tydzień przyjadę z internatu i będziesz trzeźwy, to ci dam, tato – odpowiedziałam. I już nie zdążyłam. Nie dałam żywemu ojcu buzi.


Oczywiście wraz z jego śmiercią zaczęłam się obwiniać, że to przeze mnie wszystko: zdjęłam kwiaty, które miałam w uszach, zdjęłam buty na koturnie oraz rozszerzane spodnie. Zapadł mrok. Byłam w internacie. Kierownik już wiedział, ale nie powiadomili mnie. W nocy śniłam trzy kobiety ubrane na czarno: ja, moja siostra i mama. Stałyśmy na ołtarzu, a między nami ksiądz. Matka miała czarną woalkę. W dniu pogrzebu umierał też pies Azor - nieodłączny towarzysz ojcowskich wypadów na pole. Pamiętam tylko jego zaropiałe oczy. Smutny obraz. Jednocześnie odchodził pan i pies. Przypadek? - Weźcie z podwórka tego psa! - ktoś krzyknął z tłumu. Po pogrzebie nie siedziałam zbyt długo w domu. Ciocia Jadzia powiedziała, bym najszybciej pojechała do internatu. Gdy pękł talerz w zlewie, poczułam obecność ojca. Dziwne uczucie, trudne nawet do opisania, ale wyraźnie go poczułam.


Coś mi mówiło: W piekle nie można zbyt długo siedzieć.


II


Małgorzata Karolina Piekarska - W rocznicę wolności i rocznicę śmierci


Niedawno minęło 25 lat od pierwszych wolnych wyborów. Świętowano to, jako dzień wolności. Dziś z kolei mija piętnaście lat od chwili, kiedy zmarł mój Tata. Myślę, że to dobry moment, by napisać o jednym z największych absurdów, jakie mnie ostatnio spotkały. O absurdzie, który zwie się »kontrowersyjne opowiadanie«. Szczegóły? Proszę bardzo. Dwa lata temu zwrócono się do mnie z następującą prośbą:


„Zapewne dostaje Pani setki takich maili z prośbą, po prośbie, mój będzie zapewne podobny do tych setek innych, jednak ośmielam się spróbować, bo jestem zdania, że trzeba spełniać marzenia choćby nie wiem, co, a nie siedzieć na tyłku z założonymi rękami;-)Jestem autorką dwóch książek (…) Zamierzam obecnie wydać trzecią książkę pod roboczym tytułem: „Każdego dnia smakuję życie na nowo” Część zysków ze sprzedaży z książki będzie przekazana na Fundację … (…). Zgodnie z ideą, na książkę będzie się składać zbiór krótkich form literackich (opowiadanie, esej, reportaż, wspomnienie) autorstwa różnych osób (w tym znanych i publicznych). Punktem wyjścia do powstania wszystkich tekstów jest początkowe zdanie każdego z nich w brzmieniu: „Każdego dnia smakuję życie od nowa”. Stylistyka i charakter utworów zależą wyłącznie od decyzji ich Autorów. Wyobrażamy sobie, że teksty mogą powstawać zarówno w konwencji poważnej, jak i żartobliwej, anegdotycznej, jak i filozoficznej, fikcyjnej, jak i biograficznej itd. Opowiadanie zawierałoby od 5-30 stron.Dlaczego Pani? Podziwiam Panią za odwagę bycia stuprocentową kobietą, za działalność, jaką Pani prowadzi, za realizacje marzeń.Chciałabym, aby ta książka dawała nadzieję, umacniała ludzi, sprawiała, że będzie chciało im się żyć. Tak często narzekamy na życie, że nie takie, że chciałoby się żeby było inne, lepsze, smaczniejsze, zabawniejsze, a przecież to od nas zależy, jakie ono będzie. Trzeba walczyć o każdy dzień i wyciskać z życia ile tylko wlezie, dla siebie, bliskich, znajomych i nieznajomych. (…) Gdyby Pani wyraziła chęć na napisanie jakiegoś krótkiego opowiadania/historii byłabym Pani ogromnie wdzięczna. Jeśli nie, zrozumiem. Ma Pani zapewne mnóstwo projektów.


Oczywiście zgodziłam się natychmiast. Trochę długo myślałam, o czym napisać. Co to jest w moim życiu to coś, co dzieje się we mnie każdego dnia i sprawia, że smakuję życie na nowo? Pomysłów miałam tysiące, ale szybko doszłam do wniosku, że jednak cały czas w moim życiu najważniejszy jest mój Ojciec. To że był i to, że go już nie ma. Strasznie mi go brak. Napisałam więc coś w rodzaju mojej z nim rozmowy. Rozmowy, którą autentycznie każdego dnia z nim prowadzę. Dziękując, że kiedyś go miałam. I płacząc, że już go nie mam. Zastanawiając się przy tym, co by powiedział na taki lub inny temat. Tekst został zaakceptowany. Potem dostałam wiadomość, że nie ma wydawcy. Potem, że wydawca już jest. Zwróciłam wtedy uwagę, że w moim tekście wiele rzeczy się zdezaktualizowało, że może za bardzo było to „bieżące”. Odpowiedziano mi, że nie szkodzi. Potem dostałam do podpisania umowę od nowego wydawcy. Oczywiście ze zrzeczeniem się honorarium, by wszelkie dochody z tego tytułu można było przekazać na szczytny cel. Potem nastała cisza. A potem… na kilka dni przed moim wyjazdem do Wilna, przyszedł list następującej treści:
„Witam serdecznie Pani Małgosiu, Ja w sprawie Pani opowiadania do antologii (…) Otóż mnie ono osobiście bardzo się podobało, jednak Wydawca oznajmił mi, że niestety nie umieści go zbiorze, bo jest za bardzo kontrowersyjne. Otóż jest tam dużo polityki, poruszona kwestia papieża Benedykta. Pani Małgosiu naprawdę żałuję i przepraszam, że zawracałam Pani głowę, a tu takie kwiatki wyszły.”
Uśmiałam się serdecznie. Naprawdę! Toż to czysty absurd. Czy moja rozmowa             z Ojcem jest kontrowersyjna i co z tym papieżem Benedyktem – niech ocenią czytelnicy. Jednego jestem pewna. Ciężko być w dzisiejszych czasach człowiekiem, który kocha Ojczyznę za to, że jest, a nie kształt w jakim chciałby ją widzieć. Który kocha jej ideę, abstrakcyjny jej byt, a nie konkretne poglądy polityczne władzy lub opozycji. Ciężko jest być człowiekiem, którego drażni z jednej strony klerykalizm niektórych ugrupowań, a z drugiej drażni u drugich antyklerykalizm, w postaci okropnej czasem i bezpardonowej walki z kościołem. Ciężko być kimś, kto nie jest ani z prawicy ani z lewicy. Ciężko być kimś, kto stara się patrzeć na wszystko z różnych stron, aspektów, punktów widzenia itd. Ciężko jest takiemu poruszać się    w świecie, w którym koniecznie trzeba być po stronie jakiejś politycznej opcji, z których każda krzyczy: „kto nie jest z nami jest przeciw nam”. Bo wychodzi, że jest się, jak własnie w tej starej piosence: „kto sam ten nasz najgorszy wróg”, a ja, dokładnie jak ten śpiewak, z tej piosenki – jestem sama. Poniżej mój »kontrowersyjny tekst«. Każdego czytelnika, który uzna, że jednak jest wart, by wesprzeć jego lekturą, jakąkolwiek działalność charytatywną, proszę o wpłacenie równowartości 5 złotych na dowolnie wybrany cel.Będzie mi bardzo miło. Tym milej, jak w liście da mi znać, na co zdecydował się przekazać swojego piątaka. A i mojemu Ojcu, który patrzy na nas z góry, a po którym został mi sekretarzyk pokwitowań wpłat na budowę Centrum Zdrowia Dziecka, Centrum Matki Polki oraz licznych odbudów m.in. Zamku Królewskiego w Warszawie, też będzie miło. Ojciec 15 lat temu zasilił niebieską redakcję polskich dziennikarzy. A ja naprawdę każdego dnia z nim rozmawiam. I każdego dnia dziękuję, że był taki, jaki był. I każdego dnia smakuję życie na nowo, bo on mnie tego nauczył. I naprawdę zastanawiam się, co by powiedział patrząc na to, jakie mamy czasy i jak zareagowałby na decyzję wydawnictwa o moim opowiadaniu. Z tego co go znałam, to śmiechem!


Tyle się zmieniło…


Każdego dnia smakuję życie od nowa, bo każdego dnia myślę, że to cudowne, że byłeś i strasznie smutne, że już nigdy Ciebie nie zobaczę. Jedno jest dobre – nadal możemy rozmawiać, bo przecież teraz wiesz wszystko, widzisz wszystko i zawsze jesteś przy mnie. Kiedy w końcu ubiegłego wieku odszedłeś do tak zwanej „niebieskiej redakcji”, w której pracują ponoć najlepsi dziennikarze, jedna z gazet opublikowała moje wspomnienie o Tobie. Napisałam wówczas, że „Większość ludzi chciałaby widzieć uczucia córka-ojciec w formie taniego melodramatu dla kucharek. Nic z tego. Między nami było inaczej. Bardziej po kumplowsku. I to od kiedy sięgam pamięcią, czyli dla mnie od zawsze.” A że życie to śmiech i płacz na przemian, więc sporo w naszych relacjach było momentów i smutnych, i wesołych.


Zawsze dużo rozmawialiśmy, choć był czas, kiedy nie odzywaliśmy się do siebie, na szczęście krótki. Jednak teraz rozmawiamy codziennie. Mówię głównie ja i staram się wsłuchać w siebie, by dowiedzieć się, co Ty byś mi na to powiedział. Wiem dobrze, co byś pochwalił i co zganił, ale pytam. Jakbym liczyła na to, że naprawdę odpowiesz, a ja naprawdę usłyszę Twój głos. Dziś chcę Ci powiedzieć, co przez te prawie czternaście lat się zmieniło. Zarówno w moim życiu, jak i na Saskiej Kępie,     w Warszawie czy wreszcie w Polsce i na Świecie. Chyba zacznę od końca… od Polski i Świata.


Zawsze interesowałeś się życiem politycznym i pamiętam, jak uczyłeś mnie, że Polska jest jedna. Zdziwiłbyś się Tato, ale od 10 kwietnia 2010 roku, kiedy w podsmoleńskim lesie rozbił się samolot z 96 osobami na pokładzie, w tym z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim, mamy dwie Polski. Tak… w międzyczasie prezydentem został jeden z bliźniaków, którzy w Polskim ZOO występowali jako chomiki. Ciekawe, jak byś go oceniał. Miałeś z jednej strony sądy wyważone, z drugiej ostre. Pewnie miotałyby Tobą mieszane uczucia, bo to był facet, który co jakiś czas – jako prezydent – przynosił nam wstyd. Na przykład do emeryta powiedział „spieprzaj dziadu”, w czasie jakiegoś piłkarskiego meczu reprezentacji Polski szalik kibica trzymał do góry nogami, miał też wpadki, np. z „Irasiadem” i „Borubarem”. Szczegółów Ci oszczędzę, bo to głupie. Na dodatek prezydent często podpadał dziennikarzom, ale… dał Polsce i Warszawie Muzeum Powstania Warszawskiego, o które tak walczyłeś i na które jeszcze w 1994 roku wraz z Muzeum Historycznym m. st. Warszawy rozpocząłeś zbieranie pamiątek. Pewnie byłoby Ci trochę przykro, że w tym muzeum, które rocznie odwiedzają setki tysięcy zwiedzających, nie ma śladu po Tobie i Twoich walkach o jego powstanie, a dyrekcja mimo wielu zaproszeń nigdy nie zechciała mnie odwiedzić, by skorzystać z tego, co przez lata zgromadziłeś. Pewnie byłoby Ci przykro, że książka, którą kiedyś napisałeś do spółki z Hanną Kuczmierowską, „O broni niemieckiej w Powstaniu Warszawskim”, nadal nie została wydana. Niestety Tato. Ja nie mam pieniędzy, a wydawnictwa, którym proponowałam druk, przede wszystkim tego ode mnie zażądały. Przemiany ustrojowe sprawiły, że dziś w Polsce liczy się tylko kasa. Nad Twoimi wieloletnimi badaniami nikt nie chce się pochylić. Pewnie byłoby Ci przykro, ale… jak Ciebie znam, umiałbyś to sobie jakoś pozytywnie wytłumaczyć.


A teraz wrócę do tej podzielonej Polski. Mamy więc „Polskę Smoleńską”, czyli zdaniem jej wyznawców prawdziwą i drugą, przez tych od smoleńskiej nazywaną „Polską Pancernej Brzozy”. Bo to jest tak, że jedni twierdzą, że był zamach, bo zderzenie z brzozą nie mogło spowodować takiej katastrofy, a drudzy twierdzą, że to był splot nieszczęśliwych wypadków: mgła, nieporozumienia na linii wieża-pokład Tupolewa i brzoza… Którą Polskę byś wybrał Tato? Ty, który twierdziłeś,       że jest tylko jedna? Który twierdziłeś, że żołnierz szedł nie do AK, AL, BCH itd., ale do polskiego wojska i nie pytał o jaką Polskę będzie się bił?


Czy wiesz, co mieliśmy za wydarzenia w tej Polsce, zanim się podzieliła? Można by pisać bez końca! Ale wiem, że coś powinnam wybrać, bo inaczej tej opowieści nigdy nie skończę. Ponieważ pracowałeś w Telewizji Polskiej, więc opowiem Ci o tym, jak dekadę temu pewien producent filmowy, Lew Rywin, przyszedł do Adama Michnika i powiedział, że reprezentuje grupę trzymającą władzę i proponuje pomoc w kupnie stacji telewizyjnej Polsat. Pomoc ma polegać na zmianie w zapisie ustawy medialnej, na taki, który umożliwi spółce Agora kupno stacji. Ustawa wejdzie w życie, jeśli Agora przekaże pieniądze spółce Rywina, Gazeta Wyborcza przestanie krytykować premiera i SLD, a po przejęciu przez Agorę Polsatu, Lew Rywin zostanie zatrudniony w tej stacji. Do wyjaśnienia sprawy powołano sejmową komisję śledczą, która ujawniła szereg politycznych gwiazd. Niektórymi byś się załamał. Jedna dała Polsce termin „Rywingate”, druga „poziome i pionowe korytarze”. Był to cyrk, przy którym Polskie Zoo było naprawdę niczym. Myślę, że i miałbyś ubaw, i byłbyś załamany.


W 2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej. W tej chwili to już 27 państw, w tym Polska. W 2007 roku weszliśmy do strefy Schengen, mamy więc otwarte granice na zachód. Czy wyobrażasz sobie, że do Berlina można pojechać tak, jak się stoi i na granicy nikt nas nie skontroluje? Unmoeglich? Aber nein! Podobno mamy wejść też do strefy euro, a co za tym idzie pożegnać się ze złotówką. Coś mi się zdaje, że to ostatnie nie bardzo by Ci się podobało… Mamy w Polsce więcej stacji telewizyjnych. Zatrzymałeś się na Polsacie i TVN, ale teraz jest jeszcze TV4, TV Puls i masa innych. Mamy naziemną telewizję cyfrową. O miejsce na tej cyfrowej platformie były takie boje, że w tym roku przeżywaliśmy marsz w obronie Telewizji Trwam. Wiesz… to takie Radio Maryja tylko z obrazem. Po prostu ta stacja nie dostała koncesji. Mamy też szybki internet i szybkie komputery oraz smartfony, czyli wielofunkcyjne telefony komórkowe. Nawet nie wyobrażasz sobie, jakim przeżytkiem jest dziś Twój stary Siemens. A`propos komputerów – szkoda, że nie zdążyłeś nauczyć się z nich korzystać. Pisałbyś więcej artykułów, pewnie jako miłośnik technowinek „szalałbyś” w internecie, a może prowadził bloga, jak inny dziennikarz telewizyjny z twojego pokolenia, Andrzej Bober, lub twój były szef Tadeusz Kraśko.


Mamy dziś Tato Papieża Niemca, bo nasz Papież, Jan Paweł II, zmarł w 2005 roku. Ten obecny, Benedykt XVI, wcześniej znany jako Joseph Ratzinger, w młodości był   w Hitlerjugend, ale potem, gdy został biskupem i kardynałem, przyjaźnił się z tym naszym Papieżem. Z powodu jego przeszłości, po wyborze na Stolicę Piotrową krążył dowcip.
„Pierwsze spotkanie Jana Pawła II i Benedykta XVI miało miejsce w Polsce jeszcze w 1943 roku. Wyglądało tak. Młody Niemiec mierzył do młodego Polaka, a ten woła:
– Daruj mi życie. Będę kiedyś papieżem!
– Dobra – odparł Niemiec i dodał: – A ja zaraz po tobie.”
Czuję, że ponieważ ten Benedykt XVI to Joseph, Ty zaraz dorzuciłbyś swój słynny dowcip o baraku Józefów. Wiem, że znasz, ale ja, jak fredrowski Pan Jowialski, opowiem Ci swoją wersję z Benedyktem XVI.
„Zmarł Benedykt XVI i poszedł do nieba. I pyta go święty Piotr:
– Ktoś ty?
– Benedykt XVI.
– A na chrzcie świętym?
– Jospeh, jak święty Józef cieśla.
Nagle odzywa się Pan Bóg:
– Jak Józef, to dawać go na barak Józefów. A tam już… Józef Stalin, Józef Cyrankiewicz, a nawet Franciszek Józef… i tylko blokowym znów okazuje się Piłsudski.”
No, ale Benedykt XVI kultywuje tradycje Polskiego Papieża i przemawia do ludzi      w ich narodowych językach. Po polsku mówi dość śmiesznie, na przykład: „pozdrawiam ciule”, co powoduje oczywiście kolejne żarty, ale… niedawno beatyfikował Naszego Papieża, a potem księdza Jerzego Popiełuszkę. Masz pojęcie? Nie myślałam, że to się stanie za mojego życia, a tu popatrz!
Z kolei Stany Zjednoczone mają pierwszego czarnoskórego prezydenta. Teraz jest nim na drugą kadencję. Nazywa się Barack Obama i jak twierdzą Amerykanie, jest czarnoskóry, a Afrykanie twierdzą, że jest biały. Zdaniem przeciwników jego prezydentury urodził się w Kenii, a nie na Hawajach i prezydentem został dzięki sfałszowaniu aktu urodzenia. Normalnie dom wariatów!
A Warszawa? Ha! Tu dopiero zmiany! Skoro byłam przy prezydenturach, to przy nich pozostanę. Tu też coś dzieje się po raz pierwszy w historii. Oto po raz pierwszy w historii miasta prezydentem jest kobieta. Hanna Gronkiewicz-Waltz przez przeciwników zwana „gronkowcem”, HGW lub bufetową. Teraz zmaga się z budową pierwszego odcinka drugiej linii metra, która to budowa nie przebiega bezawaryjnie. Tak, tak… wyobraź sobie, że powstaje drugi odcinek. Ten pierwszy ukończono pięć lat temu i sięga aż do Młocin. Jak niegdyś statek. A`propos statków… od trzech lat znów jest żegluga na Wiśle. Można rekreacyjnie popłynąć statkiem nad Zalew Zegrzyński. Jest też tramwaj wodny i darmowe promy do przeprawy przez rzekę. Czy wiesz, że mamy trzy nowe mosty? Most Syreny zastąpiono Mostem Świętokrzyskim. To pierwszy w stolicy most podwieszany i na dodatek przystosowany dla rowerzystów, bo ma wydzielony pas jazdy. Przy okazji budowy tego mostu, zbudowano wzdłuż Wisły tunel, którym puszczono Wisłostradę.             W połowie tunelu są przystanki autobusowe. Tylko raz stałam na jednym z nich i przysięgłam sobie, że więcej tego nie zrobię, bo hałas w tunelu jest nie do zniesienia. Gdy tunel jest zalewany, a kilka razy już to się zdarzyło, wtedy ruch puszczany jest objazdami i robi się w mieście potworny bałagan! Ale o tym za chwilę. Najpierw wrócę do mostów. Mamy jeszcze łączący Siekierki z Pragą Południe i Wawrem Most Siekierkowski, również podwieszany, czyli wantowy, również z trasą dla rowerzystów, a niedawno oddano do użytku Most Marii Skłodowskiej-Curie, czyli Most Północny, łączący Bielany z Białołęką. Niestety most Grota-Roweckiego, który gdy byłam dzieckiem, to zaraz po otwarciu przejechaliśmy naszym maluchem, zdążył się tak posypać, że jest ciągle remontowany. Warszawa w ogóle jest i rozbudowana i większa, i… zakorkowana. Nie pomogło stworzenie strefy płatnego parkowania i upstrzenie miasta parkomatami. Korki są i będą pewnie coraz większe, bo prawie wszyscy mają samochody.


Tu na Kępie mamy specjalną strefę, do której wjazd jest tylko z przepustkami. Oczywiście wszystko wtedy, gdy dzieje się coś na Stadionie Narodowym. Tak, tak… nie ma już Stadionu X-lecia. Zniknął też „Jarmark Europa”, który tak Ciebie i mamę denerwował, bo jego handlarze nocowali pod domem w samochodach i załatwiali się w ogródku. Zamiast tego mamy nowoczesny Stadion Narodowy zwany też Narodowym Basenem. Wszystko przez to, ze podczas jednego z meczów reprezentacji nie zamknięto dachu na czas i murawa zamieniła się w pełen wody brodzik. Stadion Narodowy wybudowano dlatego, że wraz z Ukrainą zorganizowaliśmy Euro 2012, czyli mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Przez miesiąc prawie wszyscy Polacy mieli zamiast głów piłki. Oczywiście oprócz naszej rodziny. Mamy w mieście coraz więcej parków, które powstają w nowych dzielnicach i coraz więcej strzeżonych osiedli. Prawie nikt już nikogo nie zna. Tylko na Kępie jest jeszcze trochę jak dawniej, ale czasem myślę, że to już tylko trochę. Nie tylko nie ma już wścibskiej Kapeluszowej, która doprowadzała Ciebie i Mamę do szału swoim dopytywaniem się kto, co i gdzie. Nie ma też eleganckiej, zwanej Wyfiokowaną, pani z rasowym pieskiem, która tak się oburzała, gdy ten jej strasznie rasowy piesek wąchał pod ogonem naszą kundlowatą sukę. Nie wiem, kiedy Wyfiokowana zmarła. Po prostu pewnego dnia stwierdziłam, że przestałam ją widywać. Za to pojawili się nowi mieszkańcy. Niektórzy chcą być bardziej saskokępscy. Czasem mam wrażenie, że im się wydaje, że skoro mają pieniądze, by kupić sobie tu mieszkanie, to stać ich na wszystko. Niestety… jak to mówi przysłowie chińskie, za pieniądze można kupić dom, ale nie ciepło domowe. Ja od siebie dodam, że można też kupić stary dom, ale nie swoje w nim korzenie… Obserwuję od lat święto Saskiej Kępy i myślę, że jego jarmarczność najlepiej pokazuje, jak Kępa się zmienia. Jak mieszają się tu wszystkie style Polski, a nawet świata. A na Boże Narodzenie czy Wielkanoc wyludnia się tak, jak cała Warszawa. Tylko wtedy można przejechać szybko autem przez całe miasto, a na naszej uliczce zaparkować bez problemu.


Liczba knajp na Saskiej Kępie niesamowicie wzrosła. A wiele zmieniło nazwy                 i właścicieli. Czy wiesz, że Sax, w którym siadywała Agnieszka Osiecka, to teraz prowadzona przez Senegalczyków knajpa Cafe Baobab? Nie ma Pubu Rondo, a Sorrento też ma inna nazwę, nie jest już tak fajne, jak dawniej, no i strasznie rżną na rachunkach. Koło nas, na rogu Walecznych i Francuskiej, otworzyli przytulną knajpkę „Francuska 30”. Czasem siadam tu na kawę. Najbardziej jednak lubię Fregatę na Międzynarodowej, ze swojskim klimatem i polską kuchnią. Niestety jej właściciel, pan Henio zmarł na raka. Nawet nie wiesz, jaki był niesamowity. Czy wiesz, że jak leżałam chora w domu, to przysłał mi pierogi ruskie? Lubię też Pikanterię. Jest na rogu Walecznych i Londyńskiej, tam gdzie kiedyś była cukiernia    z tymi ciastkami z kminkiem, które Mama tak uwielbiała chrupać popijając czerwonym barszczem.


Zniknęło nam kino, bo Sawy jednak nie odbudowano, ale mamy na Kępie Dom Kultury. Trzeba jechać Francuską, Paryską, aż za Trasę Łazienkowską. Nie ma mnóstwa drobnych sklepików, bo dyskonty i hipermarkety posiały spustoszenie. Na przykład nie ma tego malutkiego społemowskiego spożywczaka na Francuskiej przy Walecznych. Teraz jest tam sklep z winami i knajpa. Nie ma sklepu elektrycznego na Francuskiej. Przez kilka lat lokal stał pusty i straszył. Teraz zaklejono szyby i jest tam jakieś biuro. Nie ma też fioletowego pawilonu z delikatesami. Zburzono go i otwarto w jego miejscu bank. W ogóle Francuska to teraz prawie same banki i knajpy. Nawet wypożyczalnia video przeniosła się z Francuskiej na Zwycięzców.


Cały czas ukazuje się „Mieszkaniec”, a ja czasami coś dla nich piszę. Naczelny, czyli Wiesio Nowosielski często Cię wspomina. A u nas w domu? Oj Tato… Nie chcę Ci opowiadać, jak mój stryj i ojciec chrzestny a Twój rodzony brat w jednej osobie przepił 3/8 naszego domu, bo to przecież wiesz i na pewno oboje z Matką nieźle zmyliście mu tam w niebie głowę. Użeram się teraz z tym domem strasznie i końca tego użerania nie widać. Na dodatek okazało się, że jak zwykle miałeś rację. Jedna ze współwłaścicielek rzeczywiście nie jest normalna i mam z nią masę kłopotów. Ty w ogóle tak często miałeś rację, że aż mi czasem wstyd, że Ciebie nie słuchałam. Ten mój ukochany z USA, którego kiedyś nazwałeś pętakiem, okazał się nim naprawdę. Nie chcę o nim opowiadać, bo nie jest tego wart. Na szczęście to już przeszłość, chociaż dochodziłam do siebie dość długo. Ale już jest w porządku. Niedawno wyszłam za mąż, choć… miało mi się to nigdy nie przytrafić, bo przecież nie brałam tego nawet pod uwagę. Mój mąż – Zacharjasz – na pewno by Ci się spodobał, bo ma Twoje poczucie humoru i jest tak jak Ty – złota rączka. Czy wiesz, że powyciągał wszystkie Twoje skarby do majsterkowania i je pielęgnuje? Wszystkie Twoje dłuta, śrubokręty i inne przybory do majsterkowania zostały przez niego wyczyszczone. Zacharjasz pochodzi zza Buga. Jego pradziadowie mieli kawał ziemi pod Stanisławowem (dziś Iwanofrankowsk) i stajnię na 250 koni. Gdy 17-go września 1939 roku wkroczyły tam wojska sowieckie nie zdecydowali się na ucieczkę. Myśleli, że da się z nową władzą dogadać. Najpierw stracili dwóch synów. Obaj odmówili wstąpienia do armii Bandery. Został tylko dziadek Zacharjasza – Jakub. By uniknąć losu braci, sfałszował metrykę i się odmłodził. To zapewniło mu przetrwanie. Potem Sowieci ich ziemię rozkułaczyli i zabrali. Dziadek Jakub szybko zorientował się, że kultywowanie polskości to zamknięcie dzieciom drogi do nauki. Dzięki temu, że ukrywał polskość, wykształcił swoje dzieci. Ty wiesz tato, że ja dopiero teraz rozumiem, czemu Polacy, których spotykaliśmy na wschodzie, a którzy znali polski, byli tak słabo wykształceni? Coś za coś… Zacharjasz pierwszego polskiego słowa nauczył się od dziadka, gdy miał cztery lata. Brzmiało ono… kurwa. Bo gdy dziadek oprowadzał go po wsi i pokazywał „to było nasze, to nasze”, a mały chłopczyk pytał: „a czemu dziadku nie jest?” słyszał w odpowiedzi: „Bo kurwa….” i mętne tłumaczenia, by dziecko czegoś nie powtórzyło komu nie trzeba, bo mogłyby być kłopoty. Zacharjasz miał szesnaście lat, gdy zdecydował, że chce zamieszkać w Polsce. Skończył polską szkołę im. księdza Józefa Tischnera w Użgorodzie, gdzie teraz mieszkają rodzice i po skończeniu studiów aktorskich w Akademii Teatralnej w Kijowie przyjechał do Polski. Tato, nawet nie wiesz, jakimi my Polacy jesteśmy ksenofobami! Nie miałam świadomości, że tak jest, dopóki nie związałam się z Zacharjaszem. Ty inaczej mnie wychowywałeś. Pamiętam, jak kiedyś wróciłeś wcześniej niż planowałeś ze Stanów, by móc pojechać z paczkami dla Polaków na Ukrainę, do Kołomyi. Swoją decyzję tłumaczyłeś tym, że ci Polacy na wschodzie bardziej potrzebują Twojej wizyty, bo są biedni i przydadzą im się paczki z Polski. Pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych na wczasach nad Balatonem tuliłeś tego Jewgienija Kownackiego, potomka polskiego zesłańca, który pracował na Syberii jako milicjant i po polsku znał tylko „Ojcze Nasz”. Dziś wiem, że w swoim podejściu do rodaków na wschodzie byłeś wyjątkowy.


Teraz dla wielu Polaków, ten, kto jest zza wschodniej granicy, to ten gorszy. Nawet nie wiesz, ile razy usłyszałam wyrzuty, że wychodzę za mąż za Ukraińca. Jakby to było coś złego. To trochę śmieszne. Nagle okazuje się, że porządny, pracowity i wykształcony obywatel Ukrainy, którego przodkowie nie wyjechali z Polski, tylko zostali na wschodzie, bo Polska zmieniła granice, to ktoś gorszy niż nierób i obibok   z zachodu, którego przodkowie dobrowolnie opuścili kraj i to nie z przyczyn politycznych, ale dla poprawy bytu. Czy wiesz, że gdy odpowiadałam, że Zacharjasz ma polskich przodków, to słyszałam, że pewnie jego dziadek tam został na kresach, bo spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie.Wiesz… czuję, że Zacharjasz by Ci się spodobał, a nawet mam tego dowód. Otóż zachwycił się listami Twojego dziadka, a mojego pradziadka Antoleńka, do Karolki. Stwierdził, że zrobi z nich monodram. Napisaliśmy wniosek do Ministra Kultury i Sztuki i… Zacharjasz dostał stypendium. To na pewno zasługa Twoja, jak i samego Antoleńka i Karolki. Wreszcie jest szansa, by te listy, którymi zawsze wszyscy się zachwycali, mógł poznać dosłownie każdy. Będzie z tego fajny monodram. W końcu tworzymy duet aktorsko-pisarski. Bo wyobraź sobie, że udało mi się zostać pisarką, tak jak mówiłam w dzieciństwie. Ty znałeś tylko moje opowiadania, które zbierałeś, gdy drukowały je gazety, ale teraz mam na koncie nawet kilka książek. Jedną jest „Dziewiętnastoletni marynarz”, historia listów Twojego stryja Zbigniewa Piekarskiego. W końcu powiedziałeś mi kiedyś, że mogę z nimi zrobić, co chcę. No to zrobiłam! Myślę, ze ocaliłam kawałek historii nie tylko naszej rodziny, ale i Szkoły Morskiej w Tczewie. Najgłośniejsza moja książka, „Klasa pani Czajki”, trafiła do kilku podręczników, a nawet ukazała się na Ukrainie. Wszystko dzięki pomocy Zacharjasza. Wiesz, że uczę się ukraińskiego? Miałeś rację, że nauka każdego języka rozwija. A przy okazji dopiero teraz zorientowałam się, ile było ukraińskich słów w języku Mamy, która przecież urodziła się w Zwierzyńcu nad Wieprzem i spędziła dzieciństwo i młodość w Chełmie (powiedz jej, że między innymi tam byliśmy w podróży poślubnej i dowiedzieliśmy się, że archeolodzy szukają grobu króla Daniły). Od jej „biery”, kiedy kazała coś od siebie zabrać począwszy, przez „nie gniotsa nie łamiotsa” w określeniu niektórych tworzyw, aż po „sraty pierdaty”, gdy mówiła, że ktoś gada bzdury. Oj, jak mi jej czasem brakuje.


Czy wiesz, ile osób z rodziny zmarło? Nie ma już przy mnie Twojej ciotecznej siostry cioci Hani. Najpierw zmarł jej syn, a ona miesiąc po nim. Gadacie sobie czasem we trójkę? Na pewno! Ona zawsze wspominała, jak to mówiła Ci, że jedzie na ten swój zjazd koleżanek z pracy. One nazywały go „zjazd gwiazd”, ona „zlot ciot”, a Ty powiedziałeś jej brutalnie:
– Hanka! Jaki „zjazd gwiazd”! Jaki „zlot ciot”? Toż to zwykły „zsyp cip”
Bardzo się ciotce ten „zsyp cip” podobał i zawsze żałowała, że nie wszystkim koleżankom może to powtórzyć. A tak a`propos umierania… czy Ty wiesz, że od kiedy Ciebie nie ma, robię programy kombatanckie, tak jak Ty. Jeżdżę na kolejne rocznice Powstania Warszawskiego i tym podobne. Robiłam reportaż z 60-lecia ślubu Twoich przyjaciół – państwa Tyrajskich. Teraz już tylko pan Genio żyje. Wykruszają się Powstańcy. Twój przyjaciel Lesław Bartelski też odszedł. Ale nie o tym chciałam… Chciałam o Tobie. Pewnego razu pojechałam na rocznicę walk o Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych. Zagadnęłam Jerzego Kuleszę, czy mógłby się dla mnie wypowiedzieć do kamery, a on usłyszawszy, że jestem Twoją córką, powiedział:
– Dla córki Maćka – zawsze.
No i powiedział o walkach, a potem mówi do mnie.
– Wie pani, ja odwiedziłem Maćka w szpitalu na dwa tygodnie przed odejściem.           I wszystkim opowiadam o jego niesamowitym poczuciu humoru. Pytam się: „Jak się czujesz Macku?”, a on mi na to, że opowie mi kawał. I mówi. »Leży facet w szpitalu. Jest już po operacji. Przychodzi lekarz, a facet pyta. „No jak tam panie doktorze?”  A lekarz: „No wszystko w porządku, ale do końca życia nie może pan palić papierosów, pić alkoholu i uprawiać seksu.” Pacjent zmartwiony mówi: „Ojej… panie doktorze, a ja tak to lubię!” „Niech pan nie dramatyzuje – mówi lekarz. – No chyba te dwa tygodnie jakoś pan wytrzyma!”» I pani ojciec mi to opowiedział właśnie na dwa tygodnie przed odejściem. Oj Tato! Cały Ty! Ja do dziś wspominam minę lekarza, który Ciebie pytał, czy chcesz środek przeciwbólowy w zastrzyku czy doustnie, a ty mu odpowiedziałeś, że chętnie dowcipnie, ale cipy u Ciebie brak… To była dopiero historia!


Twój imiennik, wnuczek, zwany przez ciebie „słodkim patafianem”, nie sprawia specjalnie kłopotów, ot jak to nastolatek, ale ciągle szuka swojej drogi, a ja tak myślę, że ma ciężej niż ja. Bo dziś to przysłowiowe „jutro” jest bardziej niewiadome niż kiedyś. Ale jestem w nim szczęśliwa. Między innymi dlatego, że zawsze mogę         z Tobą porozmawiać.


I tak sobie pomyślałam, że ja Ci tu wszystko opowiedziałam… tak po ludzku, z detalami, a Ty przecież i tak to wszystko wiesz… I tak wiesz ile się zmieniło od czasu ostatniego spotkania. I nawet nie dlatego, że Kapeluszowa z Wyfiokowaną przyszły do Ciebie i Mamy. Jedna by poplotkować, a druga poprosić, byś zabrał swojego kundla. (Na pewno wszyscy trafiliście tam z psami!) I nie dlatego, że Andrzej Lepper zawitał do „niebieskiej redakcji” wymusić na niebieskich dziennikarzach wywiad i rozpoczęliście tam wszyscy plotki o świecie, Polsce  i Warszawie. Po prostu kiedy jest się tam, pewnie wie się wszystko. Czuję to. Tak, jak Twoją miłość. Każdego dnia.


Warszawa, grudzień, 2012


Ojciec autorki – Maciej Piekarski (1932-1999) historyk sztuki, dziennikarz, publicysta, vasavianista, urodził się i zmarł w Warszawie.


III


Aneta Kolańczyk - Tilia


 

I.

Święta Rita wymagała renowacji. Widzisz – mówiła Zojka – stawiając przed figurą świeże kwiaty – niedługo farba całkiem odpadnie i nikt nie będzie wiedział, kim jesteś. W zasadzie jaka to różnica, twarz to twarz, równie dobrze mogłaby być moja. Każda świętość jest szaleństwem, każde szaleństwo, świętością.


Zojka była tutejsza. Tu są moje korzenie – mówiła z dumą, kiedy jakiś turysta przyjechał do wsi.


II.


Piotr zgubił się dawno temu, ale nie wiedział gdzie. Próbował się wprawdzie odnaleźć, ale robił to w sposób przypadkowy, wybierając z ofert rozlicznych biur podróży miejsca dalekie i egzotyczne. W tym roku pierwszy raz pomyślał o podróży nad Bug i teraz szedł za Zojką do młyna. Młynarz z żoną prowadzili niewielkie gospodarstwo. Czegoś takiego Piotr szukał: odludzia, spokoju i ciszy.


– Tutaj ludzie mają inne dusze, drzewne – mówiła Zojka. – Jasne, że nie wszyscy, ale wielu tutejszych zna język drzew. To nie jest trudne, trzeba tylko uważnie słuchać.   A ty umiesz słuchać?


Piotr nie miał ochoty rozmawiać z wariatką. Był zły na siebie, że pozwolił jej prowadzić się do młyna. Przecież to nie metropolia – pomyślał – trafiłbym.


– Nie umiesz – odpowiedziała sama sobie. Hałas jaki masz w środku zagłusza pytania. Odpowiedzi też zagłusza. Dlatego się zgubiłeś.


– Daj mi spokój, dziewczyno, pokaż gdzie ten młyn i odejdź. Chcę zostać sam.


Samotność jest jak deszcz… zanuciła Zojka, roześmiała się i pobiegła z powrotem do wioski.


Piotr stał jeszcze chwilę na drodze, patrzył na pełne wdzięku ruchy dziewczyny, na jej bose stopy. Prawie nie dotykały ziemi. Gdyby nie była wariatką, mogłaby być aniołem, pomyślał i ruszył przed siebie.


 III.


Obudził go śpiew. Niski, kobiecy głos śpiewał jakąś skoczną, ludową śpiewkę


Z koneweczką po wodę, koneweczka ciecze,


z koneweczką do bednarza, bednarz łączkę siecze.


O, mój miły bednarzu o to ja cię proszę,


zreperuj mi koneweczkę, co w niej wodę noszę.


Wyjrzał przez okno. Na podwórzu młoda dziewczyna wyciągała wodę ze studni. To jej śpiew przerwał mu sen. Patrzył na silne ramiona, jasną, pogodną twarz, gruby warkocz sięgający pośladków. Widok dziewczyny, jej wesoły śpiew, wprawił Piotra w dobry humor. Schodził na śniadanie nucąc zasłyszaną melodię.


– Nasza Maryna to ranny ptaszek – gospodyni wniosła do jadalni miskę z jajecznicą na słoninie. Obudziła Pana.


– Nic nie szkodzi, zapowiada się piękny dzień, zaraz po śniadaniu wyruszę poznawać okolicę. Pięknie tu – powiedział.


– Pięknie, ale niebezpieczne. Las nie zdradzi swoich sekretów obcym, a ścieżki plączą się łatwo. Maryna pokaże drogę.


Czy oni wszyscy powariowali? Dusze drzewne, plączące się ścieżki,


gusła jakieś i tyle – pomyślał.


Maryna czekała na niego przy studni. Z bliska była ładniejsza i jakby drobniejsza. Lubił ten typ urody, ciepły, budzący zaufanie. Przy śniadaniu niechętnie odniósł się do pomysłu gospodyni, ale teraz był zadowolony z towarzystwa Maryny.


– Pójdziemy tą ścieżką przy młynie. To dłuższa droga, ale bezpieczna – powiedziała i dodała jeszcze: – Mieszkamy tu od pokoleń. Żyjemy spokojnie i prosto. Cywilizacja omija nas, i dobrze. Mamy swój rytm i swoje tajemnice. Obcym nic do tego. Pokażę panu jak iść i którędy wracać. Reszta nie jest pańską sprawą.


 IV.


Słowa Maryny długo brzmiały Piotrowi w uszach. Może był mieszczuchem uzależnionym od cywilizacyjnych zdobyczy, od łatwego i wygodnego życia, może i tak, ale co z tego. Tak żyła większość ludzi. Samotny spacer nie przyniósł spodziewanego wyciszenia. Piotr wracał poirytowany, nerwowy. Zatrzymał się na skraju wsi przy jakiejś świętej figurze. Była bardzo zniszczona, wymagała renowacji. Nie znał się na świętych. Nie wierzył w żadne grzechów odpuszczenie, świętych obcowanie, żywot wieczny.


– To święta Rita – usłyszał za plecami. Patronka od spraw beznadziejnych.


Odwrócił się. Za nim, oparta o drzewo, stała dziewczyna, która wczoraj pokazała mu drogę do młyna.


– Nie wierzę w świętych – odpowiedział. A w tych od spraw beznadziejnych szczególnie. Jak masz na imię?


– Zofia, ale wszyscy mówią na mnie Zojka.


– Piotr – przedstawił się i uścisnął wyciągniętą w jego stronę dłoń dziewczyny. Była sucha, ciepła i szorstka. Nie pasowała do reszty.


– W każdym drzewie mieszka dziewczyna o starych dłoniach, nie lekceważ jej – szepnęła i zbliżyła swoją twarz do twarzy Piotra. Zobaczył wielkie, zielone oczy, łagodne i smutne. Poczuł ciepło płynące wzdłuż ciała.


 V.


Minęły dwa tygodnie. Piotr zadomowił się w gospodarstwie młynarza, pomagał nawet w drobnych zajęciach, uczył się życia na wsi. Coraz częściej myślał o przeniesieniu się tu na stałe. Był historykiem sztuki, zajmował się renowacją obrazów. Większą część życia i tak spędzał w terenie. Warszawskie mieszkanie traktował jak hotel, więc mógł je sprzedać bez żalu. Na pewno znajdę jakiś nieduży dom w okolicy – pomyślał – muszę się rozejrzeć, popytać. Tu jest pięknie i Maryna jest piękna.


Maryna… – Piotr uśmiechnął się do siebie. Spędzali razem dużo czasu, objaśniała mu las, uczyła wsłuchiwania się w mowę drzew. Nie traktował poważnie jej bajania, ale słuchał, bo opowiadała pięknie, roztaczała wokół niezwykłą, magiczną aurę. Wydawała mu się wtedy istotą nie z tego świata, leśną boginką, rusałką.


Tego ranka dziewczyny nie było w domu.


Pojechała do miasteczka – powiedziała przy śniadaniu młynarzowa – wróci przed wieczorem. Piotr postanowił iść do lasu sam. Skręcił w drogę, która zaczynała się przy figurze. Zatrzymał się i spojrzał świętej w twarz.


Jeśli zostanę tu na dłużej – powiedział – odnowię cię, tylko pomóż mi podjąć decyzję.


Las niechętnie przyjmował obcych, ale przed Piotrem otworzył się jasnym, szerokim duktem. Wszedł śmiało i nie bacząc na wcześniejsze ostrzeżenia zapuszczał się głębiej. Las stawał się ciemniejszy, coraz mniej przyjazny. Po obu stronach duktu ciągnęły się moczary.


Już miał zawrócić, gdy ją zobaczył. Była naga, kręciła się wokół drzewa w jakimś dziwnym, ekstatycznym tańcu.


Piotr stał jak urzeczony i nie mógł oderwać od niej wzroku. Poczuł, jak narasta w nim żądza, poczuł, że pragnie jej tak, jak jeszcze nigdy dotąd nie pragnął kobiety.


– Zojka – wyszeptał. – Zojka – powtórzył znacznie głośniej.


Dziewczyna zamarła. Zielone oczy błysnęły dziwnym blaskiem. Jednym susem znalazła się przy nim.


Gdybyś słuchał drzew, wiedziałbyś: są tajemnice, których się nie poznaje – powiedziała cicho i pocałowała go w usta.


 VI.


Następnego dnia Piotr bąknął coś o nagłym zleceniu i wyjechał. Maryna nie spytała, czy wróci. Jeśli jest mi pisany, znajdzie do mnie drogę – myślała – jeśli nie, próżny żal.


Dni płynęły wolno. W wazonie przy figurze św. Rity zaczęła pojawiać się nawłoć, astry i chryzantemy. Po zimie farba całkiem odpryśnie – mówiła Zojka – a może tak ma być, może nie jesteś już potrzebna.


Bliżej Święta Zmarłych cała wieś huczała o czarcim synu, który siedział w brzuchu Zojki. To musiało się tak skończyć, całymi dniami włóczyła się po lasach, licho nie śpi i tylko czeka na młode dziewczyny – gadali.


Maryna odwiedzała Zojkę w jej chałupie. W pogodne dni szły na spacer. Dużo rozmawiały, ale żadna nie wspomniała o Piotrze. O dziecku też nie, choć mocno już widoczny brzuch Zojki był bezspornym faktem. Tak widać miało być.


Wiosną wylała rzeka i ludzie nie chcieli już Zojki. Na nic zdały się prośby Maryny, żeby pozwolili jej zostać do rozwiązania, że wyrzucić ją teraz to skazać na śmierć.


Zojka odeszła sama. Cicho i niepostrzeżenie. Nikt nie wiedział, dokąd. Nawet Maryna – szukała jej po lesie, przywoływała... Bezskutecznie. We wsi wszystko toczyło się swoim porządkiem, widać jedno odejście niczego nie zmienia. Tylko lipa, ta przy figurze św. Rity, niespodziewanie uschła.


VII.


Równie niespodziewanie przyjechał Piotr. Powiedział, że był bardzo zajęty, że teraz przyjechał na dłużej i że chciałby zająć się odnowieniem figury św. Rity. Maryna na jego widok ani ucieszyła się, ani zmartwiła. O Zojkę nie pytał, więc nic nie mówiła. Zresztą, co obcemu do naszych spraw – myślała.


Prace nad figurą rozpoczął następnego dnia rano, ale szybko wrócił z jakąś pomiętą kartką. To chyba Zojki – powiedział do Maryny. Nic nie rozumiem, może ty…


Maryna wyszarpnęła kartkę z ręki Piotra. Przeczytała:


w każdym drzewie mieszka dziewczyna o starych dłoniach,


to prawda odwieczna, szept pramatek i ich błogosławieństwo.


skończyłam dwadzieścia pięć lat.


nie jestem już młoda.


nie jestem jeszcze stara.


jestem w wieku


śmiertelnym.


– Lipa, ta lipa przy figurze… – krzyknęła i wybiegła z domu. Piotr pobiegł za nią.


Obok suchej lipy wyrastał młody pęd. Martwe drzewo nie było martwe. Zoja, Zojka, Zosieńka, szeptała dziewczyna i płacząc obejmowała chropowaty pień.


Po chwili odwróciła się do Piotra. – Zobacz – powiedziała – Zojka urodziła córkę.


 VIII.


Piotr wiedział, gdzie szukać dziecka. Dobrze pamiętał tamten spacer do lasu, niezwykły taniec Zojki i to, co wydarzyło się potem.


Znaleźli je bez trudu. Było zdrowe, może troszkę zziębnięte i głodne, ale zdrowe.


Dawno podjęta decyzja o osiedleniu się na wsi przybrała realny kształt dziewczynki o nienaturalnie pomarszczonych dłoniach i wielkich zielonych oczach.


Piotr podniósł z ziemi zawiniątko, nabrał garść wody z bagna i polewając małą główkę, wyszeptał – Tilio, ja ciebie chrzczę. W imię ojca, syna i ducha świętego.


Pod koniec lata św. Rita witała przechodniów tajemniczym uśmiechem Zojki.


 Bo tak naprawdę, jaka to różnica, twarz to twarz, zresztą, każda świętość jest szaleństwem, każde szaleństwo, świętością.


 IX.


Mała Tilia wyrosła na piękną dziewczynę. Pogodna i radosna szybko stała się ulubienicą wioski. Była tutejsza.


Często przepadała na długie godziny w lesie. Maryna i Piotr wiedzieli, że tak musi być. Tylko znalezienie własnej natury, rozpoznanie i nie sprzeciwianie się jej, dopisze do tej baśni zakończenie o długim i szczęśliwym życiu.

Haľamová, Lech, Boruch, Szlaga, Dickinson, Fortel, Markowska-Budniak

I


Maša Haľamová – Miłość

Napisać literami gwiazd
słowo jedyne w niebios mrokach.
Napisać trwale i wysoko,
by nikt go nie starł, nawet czas.
Ażeby wiecznie było czyste,
nigdy nie spadło w przepaść błota –
niech sieje blask litera złota
przez dale jasne, mgły srebrzyste:
Kocham!


Tłumaczył Jerzy Pleśniarowicz
/Antologia poezji czeskiej i słowackiej XX wieku, Wydawnictwo „Śląsk” Katowice, 1972?

19105619_552355948487605_3870846209899216868_n

Maša Haľamová (właściwie Mária Pullmanová) – słowacka poetka, eseistka, pisarka, autorka książek dla młodzieży i tłumaczka.
Urodziła się 28 sierpnia 1908 roku w Blatnicy, zmarła w Bratysławie 17 czerwca 1995. Debiutowała w wieku dwudziestu lat tomem poetyckim pt. Dar, zawierającym typowo kobiecą lirykę, opisującą świat uczuć, emocji, nastrojów i tęsknot. Potem wydała jeszcze trzy książki poetyckie. Kochała Tatry, jeździła na nartach. Była laureatką nagród literackich. Mawiała o sobie, że urodziła się w czasie sierpniowych upałów i dlatego musiała zostać poetką.

Jerzy Pleśniarowicz (1920 – 1978) – polski poeta, tłumacz, adaptator sztuk teatralnych, absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego.




II



Joanna Lech - Tańcz, głupia, tańcz

Let me be
The Greenhornes

Dlaczego nie chciałaś zdjąć butów, gdy weszłaś
i zgasły nad tobą latarnie. Skoro zrzuciłaś je, gdy tańczyłaś.
Przecież to kłucie nie wzięło się znikąd. Ciemno i wiatr
zawiewa ci uszy, wyglądasz jak cytat z Bukowskiego,
słoneczko, gdy ruszasz biodrami i zgasły nad tobą latarnie.
Słońce, gdy wyjęłaś je z oka, okazało się drzazgą.


18921740_545568675832999_3353386915660321894_n

Joanna Lech, ur. 1984. Poetka, pisarka, autorka powieści Sztuczki (Nisza 2016) i tomów wierszy Zapaść (Biblioteka Arterii, Łódź 2009), Nawroty (WBPiCAK, Poznań 2010), Trans (IM, Mikołów 2016) oraz Piosenki pikinierów (Forma, Szczecin 2017). Laureatka wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich. W 2007 r. nagrodzona Grand Prix w VI konkursie im. R. M. Rilkego w Sopocie oraz nagrodą główną w XIII konkursie im. Jacka Bierezina w Łodzi. Wyróżniona w X edycji Konkursu Literackiego PTWK (2010), nominowana do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius (2010) i Nagrody literackiej Nike 2011. Za debiutancką powieść nominowana do Nagrody literackiej Nike i Nagrody literackiej Gdynia 2017. Stypendystka Miasta Krakowa i Fundacji Grazella (2011). Publikowała prozę i poezję m.in. w Studium, Portrecie, Ricie Baum, Toposie, Gazecie Wyborczej, Czasie Kultury, Tygodniku Powszechnym, Kresach, Chimerze, Przekroju, Lampie, Twórczości, w antologiach m.in. „Poeci na nowy wiek” (Biuro Literackie,Wrocław 2010), „Free Over Blood” (Off_press, 2011), Antologii współczesnych polskich opowiadań” (FORMA, Szczecin 2014) i „Scattering the Dark" (White Pine Press, 2016). Tłumaczona na język angielski, niemiecki, ukraiński, rosyjski, łotewski i czeski. Felietonistka, m.in. Korporacji Ha!art. Mieszka w Krakowie, kompulsywnie podróżuje, fotografuje i czyta. Joannalech.pl

zobacz więcej - https://www.facebook.com/320233918366477/photos/a.320315781691624.1073741828.320233918366477/322663664790169/?type=3&theater



III

Marianne Boruch - Jestem tak wściekły, rzekł bóg, że chyba

Jestem tak wściekły, rzekł bóg, że chyba
stworzę szczęście. Na początku była to mgiełka.
Urosła jednak. Zdawała się unosić w powietrzu,
chętna by wylądować, wylądować—

Ale gdzie? rzekł bóg w stronę tego co nie stało
w świetle i nie wyłoniło się jeszcze z nicości.
Takie zwyczajne nic—a takie piękne, że bóg
wstrzymał oddech. Czy to był oddech?—nie,

coś całkiem innego. Jak długo zanim szczęście
posinieje, stanie się niecierpliwe, spróbuje
siebie zniszczyć. Czy wobec tego mam stworzyć czas?
rzekł bóg. Być może wszystkiemu winne jest

lato. Być może drzewa męczy
ich własna zieleń i ich własny szum. Szczęście,
rzekł bóg, witaj! Ale proszę, stań nieco dalej,
jeszcze trochę, jeszcze dalej….

Przekład Janusz Solarz

16174649_455340264855841_8547414756369102218_n

Marianne Boruch - (urodzona 19 czerwca 1950), amerykańska poetka, publikuje również prace eseistyczne na temat poezji. Urodzona i wychowana w Chicago w katolickiej rodzinie. Kształciła się w szkołach parafialnych. Autorka dziesięciu książek poetyckich.


IV

Krystyna Szlaga - Ten błysk

Ziemia rodzi
w kropli potu w kropli deszczu
Zieleń kołysze przestrzeń
Wszystko w porządku świata

Sny o potędze śnią samotni
Dni zadeptywane wokół karmników
znikają
Wszystko w porządku świata

Aż nagle
Nagle ten błysk
idei błysk
olśniewa świat
Ten blask
idei blask
oślepia świat
Ten błysk
Ten blask
Ta blaga
werbuje świat
ogłusza świat
tratuje świat
Ta blaga

Krwawe plamy ciemnią słońce
Ziemia jak Cezar
w szkarłacie sztyletów

19025220_549700298753170_5983589445515020191_o

Krystyna Szlaga ur. 6 marca 1938 , zm. 27 lutego 2016 w Krakowie, polska poetka, autorka sztuk teatralnych i słuchowisk, tłumaczka, absolwentka filologii słowiańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pierwszy wiersz opublikowała w 1961 roku na łamach tygodnika „Życie literackie”. Debiutowała w roku 1967 zbiorem wierszy „Korzeniami w ziemię”, za który otrzymała stypendium twórcze MKiS im. Tadeusza Borowskiego. Autorka ośmiu tomów poetyckich, które cechuje indywidualność i duża wrażliwość.

V

Emily Dickinson - 130

To są te dni, gdy wraca ptak,
niewiele: jeden albo dwa
i chcą wzrokiem przeszłe doścignąć.

To są dni, gdy szafiru barw
pożycza niebu czerwca czar,
złoty czerwca sofizmat.

O złudo, co nie złudzisz pszczół,
twój pozór wiarygodny struł
moją naiwną ufność,

więc wierzy - aż jej nasion strąk
zaprzeczy, a jesienny prąd
zamiecie liściem suchym.

Ostatnia hostio letnich dni,
niechajże będzie wolno mi,
jak wolno bywa dziecinie,

wejść do twych poświęconych stref,
spożywać twój anielski chleb
i pić nieśmiertelne twe wino.

Nie znając godziny świtu
otwieram drzwi każde na ścieżaj...
On na pewno jak ptak ma pióra
lub grzebienie fal - jak wybrzeże.

Tłumaczenie: Stanisław Barańczak

19396781_553592871697246_4375320526454859532_n

Emily Dickinson (1830-1886). Jedna z najbardziej oryginalnych i najwybitniejszych poetek amerykańskich, wciąż pozostaje nieprzeniknioną zagadką jako pisarka i jako człowiek. Niemal całe życie spędziła w rodzinnym domu, z dala od świata, zaledwie kilka razy opuszczając Amherst, miejsce swego urodzenia. Przed 1886 r. ukazało się drukiem jedynie kilka z ponad 1700 jej wierszy. Reszta przetrwała w zamkniętym na klucz kufrze, którego zawartość dopiero po śmierci poetki pozwoliła odkryć jej niezwykły talent, nowatorstwo, przenikliwość. W krótkie, pełne paradoksów utwory chwytała rzeczywistość. Umiała nie tylko dostrzec jej wewnętrzne sprzeczności, ale i zaakceptować je znaleźć w nich prawdę o świecie i sobie samej.

Stanisław Barańczak (ur. 13 listopada 1946 w Poznaniu, zm. 26 grudnia 2014 w Newtonville) – polski poeta, krytyk literacki, tłumacz poezji, jeden z najważniejszych twórców Nowej Fali.

Żródła: Biblioteczka Poetów Języka Angielskiego pod redakcją Stanisława Barańczaka, tom 11, Emily Dickinson Drugie 100 wierszy. Wydawnictwo Znak, Kraków 1995.



VI


Małgorzata Fortel - inżynieria lądowań

z szóstego piętra zawsze jest trochę bliżej.
ktoś zmyślnie umieścił neurologię
na tak wysokim poziomie. ciężko się szło,
ale dałam radę. niech pacjent oprócz udaru
ma jeszcze rodzinę. tylko kiepsko wypadłam
w wywiadzie, lekarka okazała się mądrzejsza,
wiedziała o tobie więcej. długo tłumaczyła

czemu prawie nas nie pamiętasz. ten kit
i epikryzę wcisnęła mi w rękę jak wór z rzeczami
do prania. i naprawdę nie mam pojęcia
czemu winda wylądowała na pierwszym,
ale uśmiechnąłeś się
gdy jakiś gość z kwiatami krzyczał 'mam córkę!'

chodź tato, my niżej, my na poziom zero.
popatrz, znowu razem i to jeszcze na ziemi.
zalecili tylko rehabilitację. wszystkiego.

18765558_541394599583740_8904717846019819900_n

Małgorzata Fortel (1975 r.) - poetka, warszawianka, ekonomistka, matka.

VII

Halina Markowska Budniak - ojciec

ojciec ciągle nie miał dla mnie czasu
nie miał dla mnie czasu
dla mnie

zachlapałam jego biurko kleksami
biurko kleksami

poszarpałam rozłożone papiery
poszarpałam

a gdy rozgniewany chciał mnie ukarać
mnie ukarać

powiedziałam
odejdź teraz ja piszę
ja piszę

rozbawiony wziął mnie na ręce
wziął mnie na ręce
rozbawiony

17309566_489825601407307_2466475671861958844_n

Halina Markowska Budniak (ur.1950). W dorobku artystycznym autorki znalazły się dwa indywidualne tomiki poetyckie: Poszukiwania (1992) oraz Pomiędzy ostem a nagietkiem (2014). Ponadto wiersze ukazywały się w antologiach, w czasopismach
i wydawnictwach literackich, a także na portalach internetowych, gdzie toczyły się rozmowy oraz dyskusje a także odbywała się krytyka oraz ocena poszczególnych utworów.

I tak kolejno zostały wydane antologie w latach:
1990 – To moje słowa
1993 – Wiatr w szuwarach
1996 – Garść życia
2000 – Dojrzewanie w miłości
2002 – Wiedzie ludzi w różne strony świata
2007 – Ja i mój świat
2008 – Zoned mi.ości
2008 – Twórcy powiatu kozienickiego
2013 – Obrazy duszy
2013 – Słowa puszczane na wiatr
2016 – Antologia Poetów Polskich

Halina Markowska Budniak zdobywała nagrody i wyróżnienia, min. w 2007 - nagrodę specjalną dla pisarza regionu, w 2009 - I miejsce w VII konkursie literackim Czytamy i piszemy, w 2014 - III miejsce w XII Ogólnopolskim Konkursie Literackim
im. Marii Komornickiej.

sobota, 17 czerwca 2017

Fado, Achmatowa, Bętkowska, Ukrainka, Kułakowska, Lasker-Schuler, Jakubowska-Fijałkowska

I

Kati Fado - egzystencjalny erotyk

księżycowy pył i stygnąca magma niczym kokaina w rozchylonych wargach. smak ciała
jest przenośnią – w orszaku majaków – góra, dół - rwana w półtonach półprawda, szaleje
sztorm, na koncercie wariatów - wiolonczela i smyczek, języczek uwagi. tyle mi ciebie –


ile przeminie. a środku wrze esencja w dekompozycji - unosimy się jak napar z głodu.
głośno i duszno rozprzestrzeniamy się wilgotni, półżywi, ciągniemy szczątki ku morzu
w ciemności naszych ciał. ikra, nagły flesz opalizuje głębokości. na fali wyładowań

przyciągamy się: elektrostatycznie, psychomotorycznie, wplątani. mnożymy niewiadome. nieświadomie spięci pękamy - tektoniczne płyty, laminaty na powierzchni straconego czasu, płowieją krajobrazy pod oknami - z łoskotem prześcieradeł ekstatycznie wije się sen niespełniony.

w układzie odbić, otarć, rozbłysków - w białą noc – czarny brzeg zrzuca skórę. i o tym
w muszlach, w uszach: szum - to już.

*

18767790_541730822883451_3129603549728805575_n


Kati Fado, właśc. Katarzyna Kowalewska. Poetka, wcześniej modelka, dziennikarka, organizatorka wydarzeń kulturalnych w kraju i zagranicą, związana głównie z Wrocławiem
i Amsterdamem. Z wykształcenia politolożka i specjalistka PR. Laureatka konkursów poetyckich, m.in.: im. Nagrody Specjalnej w konkursie im. Jacka Bierezina 2016 (za projekt książki poetyckiej „Afazja”, która ukaże się w 2017 r.) oraz Marka Hłaski, Hugona Kołłątaja, Feliksa Rajczaka, T. Stirmera, Krajobrazy Słowa, Sprostać Wierszem, X Konkursu Twórczości Miłosnej im. Mariusza Kargula, Wiosna Poetycka i innych. Publikowała m.in.
w „ Minotaurydzie”, „Lost & Found”, „Arteriach”, „ArtPaierze”, „Nowych Peryferiach”
i antologiach pokonkursowych. Obecnie mieszka na wsi, pod lasem, w okolicach Warki. Podopieczna Fundacji Avalon – Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym.
http://www.fundacjaavalon.pl/nasi…/kowalewska_katarzyna.html

 

II

Anna Achmatowa  - Żyć nauczyłam się prosto i mądrze...
Żyć nauczyłam się prosto i mądrze,
Patrzeć na niebo, modlić się do Boga
I długo, długo chodzić o wieczorze,
By niepotrzebna ustąpiła trwoga.


Kiedy w wąwozie łopuch drży na wietrze,
Dygoce jarzębina drobnym ciałem,
Układam wtedy swe wesołe wiersze
O życiu płonnym - płonnym i wspaniałym.

Do domu wracam. Liże moje dłonie
Puszysty kocur, sierść przymilnie zjeża.
W tartaku za jeziorem zorzą płonie
Ze świeżych belek ustawiona wieża.

Jedynie z rzadka rozdzierając ciszę,
Bocian na dachu wrzaśnie czy zapłacze.
I zdaje się, że nawet nie usłyszę
Jeżeli ty do drzwi mych zakołaczesz.

/1912/

tłum. Wiktor Woroszylski

*

18739968_540762916313575_8675073529564378457_n

Anna Achmatowa , właściwie Anna Andriejewna Gorienko , ur. 11 czerwca?/23 czerwca 1889 w Odessie, Rosja, zm. 5 marca 1966 w Domodiedowie, ZSRR) – jedna z najwybitniejszych rosyjskich poetek XX wieku, czołowa przedstawicielka modernizmu i akmeizmu. Nazywana duszą rosyjskiego Srebrnego Wieku, porównywana z Safoną i Mozartem.

Wiktor Woroszylski (ur. 8 czerwca 1927 w Grodnie, zm. 13 września 1996 w Warszawie) – polski poeta, prozaik, tłumacz i recenzent filmowy.

 

III

Zyta Bętkowska - hamletyzm

Nie wiem czy bardziej szukam stałości w zdarzeniach,
w twarzach chronologicznie miętych, jak bezdroża,
czy tylko permanencję chcę w świeżość zamieniać.


Na ile dom jest nowy, po latach niszczenia,
kiedy nie całkiem runął, nie stroczył go pożar?
Nie wiem czy bardziej szukam stałości w zdarzeniach,

w wypisanych na dłoni kwitach przeznaczenia,
jeżeli fatum witam: surprise! Czy jest to żart
czy tylko permanencję chcę w świeżość zamieniać.


Obietnice miłości - emocje to chemia,
nikt nie ślubuje cukru na poziomie constans.
Nie wiem czy bardziej szukam stałości w zdarzeniach,

stabilność nuży. Płomień palnika Bunsena
ma być niebieski. Czy dziś wygląda, jak zorza,
czy tylko permanencję chcę w świeżość zamieniać.

Te same słowa wietrzą odmienne znaczenia,
czaszka zniewala myśli, jak ciasna obroża.
Nie wiem czy bardziej szukam stałości w zdarzeniach,
czy tylko permanencję chcę w świeżość zamieniać.

*

18275050_524153244641209_5960852828765998391_n

Zyta Bętkowska, urodzona w 1966 r. w Sanoku. Zakochana w bieszczadzkich zakamarkach - miejscach swojego dzieciństwa. Od 2004 roku pisze i publikuje wiersze w internetowych portalach poetyckich. Zdobyła pierwszą nagrodę za tom "Dwa chutory" w XIII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Artura Fryza na najlepszy poetycki debiut książkowy roku 2016.

 

IV

Łesia Ukrainka -Romanca

Nie wypatruj miesiąca na niebie,
Bo ciekawski ten miesiąc wiosenny,
Chciwy słuchacz, podglądacz bezsenny
Jakże często widział mnie i ciebie,
Słyszał słowa twoje jak szmer wiatru.
Chciałbyś je zapomnieć? Nie wypatruj,
Nie wypatruj miesiąca na niebie.


Nie przypatruj się brzozie płaczącej,
Bo ta brzoza w gałęzi łopocie
Znów przypomni o serca kłopocie,
O tęsknocie przypomni palącej,
Co zbratała nas – a ty ból zatruj,
Nie wspominaj tych dni, nie wypatruj,
Nie przypatruj się brzozie płaczącej.

Przełożył Jerzy Litwiniuk

/Antologia poezji ukraińskiej, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1976/

*

18815125_543330296056837_1205595201881164028_o

Łesia Ukrainka, Леся Українка (właśc. Łarysa Kosacz-Kwitka, Лариса Косач-Квітка; ur. 13 lub 25 lutego 1871 w Nowogrodzie Wołyńskim, zm. 1 sierpnia 1913 w Surami (Gruzja) – ukraińska poetka, pisarka i krytyk literacki. Pochodziła z rodziny inteligenckiej, zdobyła gruntowne humanistyczne wykształcenie, dużo podróżowała, znała kilka języków obcych. Wydała kilka tomów poetyckich, pisała recenzje, artykuły o literaturze, była autorką sztuk scenicznych i tłumaczką. Wiele uwagi poświęciła literaturze polskiej, dokonywała przekładów i nawiązywała w swoich utworach do poezji Adama Mickiewicza i Marii Konopnickiej.

Jerzy Litwiniuk (1923 – 2012), poeta i tłumacz (m.in. języków rosyjskiego, fińskiego, ukraińskiego, estońskiego).

 

V

Karolina Kułakowska - Wiersz terapeutyczny

„Matko beznadziejnie pogrążona w przeszłości jak czarna dziura”

T. Dąbrowski „Litania”


Matko kochająca wszystkie małe dzieci
Matko niepłacząca tylko puszczająca łezki
Matko bojąca się przyznać że sprzątanie może sprawiać przyjemność
Matko rozprawiająca o wyższości dawnych czasów nad teraźniejszością
Matko bojąca się jutra jak ludzie średniowiecza
Matko w ogrodzie kopiąca nabożnie grządki
Matko idealna od kiedy pamiętam
Matko wielbiąca pamięć po swojej matce
Matko zbuntowanej córki niepodobnej do siebie

Matko mówiąca w gniewie kurwa bo chuj nie wypada

*

18768523_543426592713874_580270928704137178_o

Karolina Kułakowska (ur. 1985) – poetka, malarka. Dyplom w 2011 roku z malarstwa u prof. Lecha Kołodziejczyka na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. W 2007 roku ukazał się jej arkusz pt. „Sztaluga w oknie”. Publikowała głównie na witrynach internetowych.
W 2010 roku jej wiersze zostały przetłumaczone na język angielski i zakwalifikowały się do wydawnictwa OFF_PRESS Zeszyty Poetyckie Competition. Laureatka nagrody im. Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy debiut poetycki 2013 roku („Puste muzea” Zaułek Wydawniczy Pomyłka). Niedawno ukazał się jej drugi tom poezji pt. „Drugie cesarstwo”. W latach 2014-2015 zrealizowała cykle malarskie „Żywioły” oraz „Pory roku”. Mieszka w Rachowicach pod Gliwicami.

 

VI

Else Lasker-Schüler - W moim łonie

W moim łonie
Śpią ciemne chmury —
Dlategom taka smutna, mój najmilszy.


Ciągle przyzywam twe imię
Głosem rajskiego ptaka
Gdy me wargi się barwią jaskrawo.

Już śpią wszystkie drzewa w ogrodzie —
Nawet te nie znużone niczym
Przed moim oknem —

Szumi skrzydło sępa
I unosi mnie przestworzem
Aż ponad twój dom.

Ramionami oplatam twe biodra
Abym się mogła przejrzeć
W promienistości twego ciała.

Nie zagaś mi serca —
Ty odnajdziesz drogę —
Zawsze i wszędzie.

Przełożyła Wanda Markowska

/Else Lasker-Schuler, Gwiazdy Tartaru Poezje,wyd. PIW 1988/

*

19029259_549701228753077_2952016459544551762_n

Else Lasker-Schüler, niemiecka poetka żydowskiego pochodzenia, jedna z najwybitniejszych przedstawicielek liryki ekspresjonistycznej.
Urodziła się 11 lutego 1869 roku w niemieckiej miejscowości Elberfeld (obecnie Wuppertal), zmarła 22 stycznia 1945 w wieku 76 lat w osamotnieniu, w Jerozolimie, ponieważ pod wpływem represji i nazistowskich nacisków, wyemigrowała w 1933 z Niemiec. Pisała głównie o miłości, jej wiersze odczytywane i interpretowane są także jako bardzo osobiste modlitwy.

Wanda Markowska (1912 – 1999), polska pisarka i tłumaczka, absolwentka polonistyki i filologii klasycznej Uniwersytetu Warszawskiego. Tłumaczyła na polski poetów niemieckojęzycznych (Goethe, Rilke, Schiller), literaturę francuską i rosyjską oraz rzymskich klasyków. Pisała również dla dzieci i młodzieży, tłumaczyła bajki i baśnie.

 

VII

Genowefa Jakubowska-Fijałkowska - Rodzą się dziewczynki

nie będzie wojny


będzie karmienie piersią
przez siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża

dzieci z Konga

Caritas Polska rozsypie nad Afryką mleko w proszku
dla nilowych krokodyli

dzieci nie dobiegną

zetną im miny polowe nóżki niemowlęce
politykom matki Polki rodzące

będą wkładać w usta
nabrzmiałe sutki a matkom będzie się kurczyć macica

będą z bólu płakać
bo macica po cesarskim cięciu

polityczna demokratyczna demograficzna lewicowa
i tak boli jak dziewczynka ssie

a chłopczyk bawi się ołowianym żołnierzykiem
papierowym samolotem

ma schizy o zamachu terrorystycznym

*
/"Paraliż przysenny" Genowefa Jakubowska-Fijałkowska, Instytut Mikołowski./

19055886_551306928592507_6360058878695592346_o

Genowefa Jakubowska-Fijałkowska ur. w 1946 roku w Mikołowie. Wydała tomy wierszy: Dożywocie (1994), Pan Bóg wyjechał na Florydę (1997), Pochylenie (2002), Czuły nóż (2006), Ostateczny smak truskawek (2009), wybór wierszy i wtedy minie twoja gorączka (2010), Performance (2011), ze mnie robaka i z robaka wiersze/ of me a worm and the worm verses (2012 Off_Press Londyn) Paraliż przysenny (2016) i wybór wierszy Něžný nůž (2011) wydany w czeskim wydawnictwie Protimluv, oraz niemiecki wybór wierszy Posie sitzt nicht in der Sonne (2012). Wiersze publikowała także w „ANTHOLOGIA #2” wydanej przez Off_Press Londyn, oraz w serbskiej poezji polskiej w redakcji i wyborze Biserki Rajčić, Mój poljki pesnički XX vek oraz w antologii Przewodnik po zaminowanym terenie (Ośrodek Postaw Twórczych, Helikopter 2016).
Wiersze autorki były tłumaczone na język czeski, słoweński, niemiecki, angielski i rosyjski. Dwukrotna stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

W 2017 nominowana do literackiej nagrody Nike.






 


środa, 14 czerwca 2017

Katarzyna Zwolska-Płusa, Kobieta a sacrum w poezji Ludmiły Marjańskiej

Za wszystkie znaki wszechświata


wiodące w łono


matki Ziemi – błogosławiony bądź


Ojcze Przestrzeni1


Spoglądając na poezję Ludmiły Marjańskiej, dostrzec w niej można biografię poetki, bądź szerzej – kobiety w ogóle. Od tematyki ponownych (powojennych) narodzin, poprzez doświadczenie małżeństwa i macierzyństwa, liczne podróże, czytelnik zmierza aż do starości i choroby.


Badacz literatury może natomiast pochylić się nad każdym z tych motywów, rozważając ich linearny porządek, przyczyny i wynikające z nich skutki, pełne nostalgii powroty do przeszłości, odważne plany na przyszłość, rozczarowanie miłością, postępującą starość i śmierć bliskiej osoby. Interpretując w ten sposób poezję Marjańskiej wyłania się z niej obraz kobiety typowej – żony, matki, wreszcie staruszki. Typowość ta jednak wcale nie oznacza przeciętności, ale wyznacza granice archetypu dzikiej kobiety, który funkcjonuje w naszej podświadomości zbiorowej od wieków. Kim jest dzika kobieta i na jakich płaszczyznach psychiki bytuje pisze Clarissa Pinkola Estés:


Ta, Która Wie jest w nas. Tkwi w najgłębszych pokładach kobiecej psychiki, odwiecznej, zawsze żywej Jaźni […]stoi na pograniczu światów racjonalizmu i mitu. Jest osią, wokół której obracają się te dwa światy. Owa kraina między nimi jest tajemniczym miejscem, które wszyscy rozpoznajemy, kiedy go doświadczamy, choć jego niuanse wymykają się nam i zmieniają kształty, gdy próbujemy je uchwycić i nazwać, chyba że posługujemy się językiem poezji, muzyki, tańca, opowieści2


Dostrzegając w wierszach Marjańskiej kobietę jako pierwotny konstrukt podświadomości zbiorowej, otwierają się przed nami szerokie pola interpretacji. Czas i przestrzeń zmieniają bowiem swój wymiar na sakralny, zrywając z porządkiem linearnym i fizykalnym, który wyznacza jedynie granice życia jednostki. Proponuję więc zrezygnować ze standardowego, biograficznego odczytywania poezji częstochowskiej poetki na rzecz sięgnięcia do znacznie głębszych pokładów, mianowicie do sakralnych, pierwotnie rozumianych kategorii czasu i przestrzeni, w których kobieta archetypiczna zyskuje na znaczeniu.


Czas sacrum


Marjańska szczególną uwagę poświęca kwestii czasu, opisywanego jest przez nią jako kategoria wykraczająca poza rozumienie. Nosi on znamiona czasu mitycznego, który według koncepcji antropologii filozoficznej Mircei Eliadego, jest jakościowo różny od czasu świeckiego, będąc swojej naturze wieczną teraźniejszością, - wszystkie wydarzenia, które dzieją się w jego obrębie są wciąż aktualne. Istotna jest również jego powtarzalność - zdarzenia nie starzeją się, więc mogą być powtarzane w nieskończoność, odsłaniając tym samym swój nadnaturalny porządek3. Czas świecki, linearny odziera z sił - wszystko, co w nim zanurzone musi umrzeć4. Cechą czasu świętego jest więc nieustanne odnawianie i aktualizowanie dorobku duchowego ludzkości - tak, by nasza relacja z sacrum wciąż nosiła znamiona trwałości i niezmienności, pomimo przemijania w naszym codziennym rozumieniu.


* * *


W poezji Marjańskiej czas rządzi się własnymi, niezależnymi od podmiotu poznającego, prawami. Stulecia mijają, ale ten sam ciężar może mieć okres kilkudziesięciu lat:


Świat przeskoczył poprzeczkę stuleci,


pobił rekord skoku w dal


[…]


W małżeństwie to samo mijanie


na zatłoczonej szosie 5


Jedna chwila może również obejmować okres wielu lat:


Zatrzymana na chwilę, na czterdzieści lat6


[…] wiem, że kilka dni może


stać się całym rokiem [..]7


Czas może się odwrócić i zacząć biec od końca jak w wierszu Odwrócony film:


[..] rzeka odwraca bieg ku źródłom


słonym, ptasim, trawiastym.


Słońce krąży od zachodu do wschodu


czas się cofa


do pierwszej krwi


do pierwszych śniegów [...]8


Może ulec zawieszeniu albo całkowitemu zatrzymaniu:


Codzienność wypełniła się światłem


umieranie zatrzymało się na chwilę9


Może składać się z wielu pomniejszych „czasów” i warstw, tworząc swoiste „wieloczasy”:


Czas: nakładanie się na siebie warstw.


Nie istniejące teraz, bo chwila, co była,


jest już przeszłością – ten myślnik


postawiony przeze mnie już stał się przeszłością


choć zdawał mi się c z a s e m


zawieszonym w chwili, gdy go stawiałam [...]10


Wewnątrz archetypu przemijanie nie polega na upływie czasu, ale na zmianie sytuacji ontologicznej - to nie czas się zmienia, tylko byt - dążąc do rozpadu, rodzi się w nowej formie. Nie bez przyczyny archetyp dzikiej kobiety obejmuje zarówno jej wizerunek jako młodej dziewczyny, ale i staruszki. Podobnie archetyp wielkiej matki zawiera w sobie komponent młodości i dojrzałości, powoływania do życia i rozpadu ukazanego w śmierci. Młoda, zakochana kobieta przeistacza się w rozczarowaną małżeństwem kobietę dojrzałą, a następnie w przygotowaną na śmierć staruszkę. Nie następstwo czasowe ogrywa tutaj kluczową rolę, a wszelkie formy bytu jakim kobieta jest. Czas święty towarzyszy przemianie ontologicznej, ale nie determinuje przemijania w tym samym stopniu, co czas świecki.


Czas mityczny współistnieje z odczuwaniem (to przecież właśnie odczuwanie czasu jako świętego w opozycji do świeckiego stanowi podstawę myśli pierwotnej), ale nie jest kształtowany przez nie. Pozorny bowiem jest subiektywizm/relatywizm czasu u Mariańskiej. To właśnie osobiste doświadczenie owego czasu pokazuje, że rządzi się on swoimi prawami, niezrozumiałymi dla człowieka, przy czym brak zrozumienia nie oznacza braku logiczności. Tutaj logika wynika bezpośrednio z sacrum, które jednostkę nieustannie przekracza, pozostawiając ją w obliczu tajemnicy. Czas jest kapryśny, a człowiek bezradny tylko z pozoru - zamienia on bowiem minuty na lata, lata na stulecia w ciągu jednego życia . To ukazuje mityczną moc czasu, jego magiczne właściwości, opierające się na wyższym porządku rzeczy, do którego dąży człowiek.


* * *


Intuicję istnienia rzeczywistości sacrum wyraża wiersz Mamałyga:


Mamałyga jest potrawą chłopską


Złoci się na talerzu jak kaczan kukurydzy


lub listki trackich monet:


wydobyte z ziemi świecą


po dwu tysiącach lat.


Tak ziarno, zmarłemu włożone do grobu


dla przebłagania duchów


na drogę wieczności,


wyjęte z glinianej miski i zasiane


wschodzi jak słońce,


nie zważając, że minęły wieki.


Mamałyga jest słońcem deszczowego dnia


skrytym w puchowych obłokach śmietany.11


Sacrum objawia się człowiekowi poprzez symbol. Tutaj symbolem tym jest mamałyga - potrawa, która nie ma swego początku w kuchni, ale, jak pokazuje tekst, nie ma początku w ogóle - jej istota tkwi w wieczności. Ziarno kukurydzy jest jak tchnienie życia, jak światło niezbędne do tego, by rośliny mogły wzrastać a człowiek odradzać się. Ze świata duchów wchodzi w glebę rzeczywistości. Gdy życie kończy się, droga ziarna znowu odbywa się tak samo, zataczając krąg. Tylko w sferze sacrum śmierć może dawać życie i być z życiem tożsama.


Folklor prezentuje istnienie przestrzeni i czasu sakralnego w znacznie większym stopniu niż wytwory społeczeństw nowoczesnych. Zaakcentowanie przez Marjańską faktu, iż mamałyga jest daniem chłopskim, nadaje utworowi dodatkowego znaczenia - potrawa jedzona od wieków, niezmieniająca się receptura i smak to znak nieprzemijalności i stałości.


Czas transcendentalny dobitnie ukazany jest w wierszu *** Moje tutaj i teraz z tomiku  W koronie drzewa. Widzimy wyraźnie zarysowaną linię podziału między czasem świeckim, linearnym a świętym:


Moje tutaj i teraz


moja chwilo życia


poza którą nic nie ma


poza którą jest


każda rzecz namacalna


krzesło talerz stół


suknia lustro pieniądze


Wyosobniona z siebie


bez materii


stan obejmujący wszystko


poza namacalnym:


przeszłość, przyszłość, przestrzeń


abstrakcja i mit


światło gwiazd


galaktyki


wieczność


obłęd


sen


Moje tutaj i teraz


pozaświat


zapamięć


Moje tutaj


zaprzestrzeń


Teraz


pozaczas12


Mamy tutaj do czynienia z kwintesencją sacrum - mitycznością, wiecznością, nienamacalnością, nieokreślonością i stanem lokującym się na granicy obłędu. Kontakt ze świętością wynosi człowieka ponad fizykalny czas i przestrzeń, tworząc pozaświat, zapamięć, zaprzestrzeń i pozaczas. Podmiot liryczny zdaje się doświadczać boskiej grozy (mysterium tremendum) i oczarowania (misterium fascinosum)13. Rzeczywistość ta charakteryzuje się zupełnie innym porządkiem niż rzeczywistość naturalna (świecka) i pozwala dotknąć sfery nadnaturalnej np. poprzez sen, szaleństwo czy mit. Poezja Marjańskiej tylko pozornie ukazuje typową na postmodenistycznej umysłowości relatywną wieloczasowość i subiektywne odczucie przestrzeni. Słowo „moje” zostaje pokonane przez uniwersalne „każde” i „wszystko”, zaś „tutaj” milknie pod naporem słowa „wieczność” i „mit”.


Podobne rozumienie czasu wyłania się z wiersza *** W znaną i zapomnianą przeszłość:


W znaną i zapomnianą przeszłość


w nieistniejącą teraźniejszość


w przyszłość zakrytą czarną chustą


w trójczas otwarty i przemienny


przelewający się zmieszany


w jednym naczyniu niewymiernym


nie oznaczony kalendarzem


przeciekający szparą światła


w nagłej iluminacji


w czas


ponad czasem


poza czasem


wtopieni na sekundę14


W ciągu trwania sekundy człowiek może przenieść się do rzeczywistości przekraczającej jego rozumienie - w tajemniczy trójczas, będący jednocześnie przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, a którego granic nie wyznacza kalendarz. Kontakt z sacrum odbywa się poprzez symbol światła (światło gwiazd w wierszu Moje tutaj i teraz, ziarno świecące jak słońce i trackie monety w wierszu Mamałyga). Sacrum przenika do profanum za sprawą iluminacji, czyli udzielenia człowiekowi boskiego światła w sposób nadprzyrodzony, w trakcie mistycznej kontemplacji15.


* * *


Z czasu świętego wyłania się kobieta archetypiczna - dzika kobieta, wielka matka. Objawia się ona oczywiście również w czasie świeckim, ale jego linearny porządek nie pozbawia jej uniwersalnego charakteru. Idealnie obrazuje to wiersz Strumień czasu, szczególnie zaś fragment trzeci:


Ona. Ja. Ona we mnie.

Jak drewniana baba w babie

otwieram się, a tu druga

w niebieskiej chustce, siwieje.

Rozłamana ukazuje

we wnętrzu trzecią:

na szyi korale

z korka, bambusa, pestek wiśni;

japońskie.

W trzeciej czwarta:

trochę mniejsza,

za to grubsza, macierzyńska.

Piąta jeszcze mniejsza,

lecz nie rozumniejsza:

kolorowa chmurna.

Szósta

w kokardzie.

I dopiero w tamtej

najmniejsza, nie otwierana:

embrion16

 

Aby ukazać kobietę w każdej przystającej do niej formie, autorka posługuje się opisem lalki - matrioszki. Lalka ta jest w pełni symbolem archetypu kobiety - widzimy tutaj bowiem zaczątek kobiety, ziarno - embrion, małą dziewczynkę, pannę, matkę, kobietę dojrzałą i staruszkę. Wiersz nie ukazuje następstwa czasowego, którego skutkiem jest ginięcie jednej formy na rzecz drugiej, ale prezentuje kobiecość jako całość - a dokładniej złożoność w jedności. Otwieranie się na tę drugą (i kolejną) postać odbywa się od końca do początku, porządek rzeczy jest odwrócony, ukazując tym samym swoistą cykliczność, co za tym idzie - szansę na odrodzenie - w najgłębszych pokładach kobiecości, istnieje przecież ziarno życia (embrion). Teorię o możliwości powrotu potwierdzają pozostałe fragmenty wiersza. Pierwsze dwa fragmenty i fragment czwarty ukazują dziewczynkę, a potem dziewczynę jako wspomnienie młodości. „Ja” mówiące znajduje się na zewnątrz tego obrazu, obserwuje jego bohaterki, czyli siebie sprzed lat. Linearność czasu zostaje zastąpiona przez cykliczność, w ramach której możliwy jest powrót do form wcześniejszych i tym samym ciągłe stawanie się. Zarysowuje się tutaj starożytne rozumienie „wiecznego powrotu” jako swoistego „kołowrotu” - koncepcji zakładającej okresowe powstawanie, rozwijanie się i ginięcie światów (powtarzane niezliczoną ilość razy)17. W wierszu Marjańskiej mamy do czynienia z powrotem nijako wewnątrz archetypu, dzięki czemu on wciąż aktualizuje się, zapewniając sobie trwałość.


Zataczanie kręgu to konfrontacja młodości ze starością, które potrafią dziać się jednocześnie, stając się za sobą tożsame:


krąg zatoczyło życie

wraca do początku

nogi stają się chwiejne

wypróbowują kroki

w dziecinnym zadziwieniu18

 

Dobitnie ukazuje to również wiersz Druga podróż z tomu o tym samym tytule:

 

 

[…] Odtąd poruszamy się wstecz:

tym samym torem ruszamy w drogę powrotną

ku źródłom, ku narodzinom.

Czas cofa się razem z nami

słabniemy, malejemy

wnikamy w łono ziemi

embrionem.19

 

Tożsamość ta wykracza poza pospolicie rozumiane wspominanie, bowiem ma zdolność zrównywania życia ze śmiercią, rozpadu ze stawaniem się oraz skończoności z wiecznością. Zataczając koło, tożsamość nigdy się nie kończy, na wieki ukonstytuowana w sacrum.


 

Przestrzeń sacrum


Czas sakralny znajduje swój przyczółek w przestrzeni sacrum, tworząc niezwykłą czasoprzestrzeń. Najznakomitszym utworem, który łączy w sobie obie kategorie sakralne jest poemat Przed wiekami, przed chwilą.


Czas, zagęszczając się (zrównując przeszłość z teraźniejszością i przyszłością), konstytuuje przestrzeń. W poemacie Marjańskiej przestrzenią tą jest ogród, w którym dochodzi do spotkania czasów, a tym samym do wyłonienia się wiecznej teraźniejszości. Przestrzeń ta kojarzyć może się z potocznie rozumianym niebem, w którym przebywają dusze zmarłych, ale również z mityczną krainą, sytuującą się na granicy realności, baśni i mitu. Podmiot liryczny oprowadza czytelnika tylko pozornie po wyłącznie sobie znanych przestrzeniach, budując je jednak każdemu z nas bliskimi symbolami, znakami kultury i archetypami. O uniwersalności utworu świadczy fakt, iż pomimo jego biograficznego charakteru, nie sprawia czytelnikowi trudności konkretyzowanie obrazów swoimi własnymi wyobrażeniami.


Poemat składa się z trzynastu części. W części pierwszej ukazany zostaje zarośnięty i zaniedbany ogród, którego furtkę otworzyć można zardzewiałym kluczem. Klucz ten nosi na sobie znaki czasu, ale pozwala przenieść się poza czas. To, co dane nam fizycznie, otwiera przed nami drzwi do przestrzeni mentalnych – posiadając tym samym cechu każdego świętego symbolu. Za chwilę bowiem dowiadujemy się, że ogród zamknął się przed wiekami, przed chwilą20. Czas więc znów okazuje się nie być czasem linearnym, rządzi się swoimi prawami, wdzierając się w przestrzeń. Pierwszym, wyraźnym obrazem, który wyłania się z tej poetyckiej opowieści jest postać chłopca siedzącego pod drzewem:


[…] siedzi od lat pięćdziesięciu i nie wie,


że skończył szkołę, wsiadł na konia,


dostał kulę pod Kutnem21


Widzimy tutaj również opadający liść, który musi zżółknąć, ale i stać się później pokarmem dla innych roślin - leśną ściółką. W ten sposób ogród jest żywicielem sam dla siebie i zapewnia sobie trwałość.


Druga część poematu opisuje postać matki, zajmującej się ogródkiem. Kobieta ta potrafi przenikać przestrzenie świata zmarłych i snu, niczym dzika kobieta, poruszać się pomiędzy nimi, tak by nad tymi światami nieustannie panować i nie dopuścić do zachwiania ich prawami i nieuprawnionego wkroczenia do nich osób, które „mają jeszcze czas”:


ona woli we śnie


przychodzić do mnie, odwiedzać świat żywej


[…] - Nie przychodź jeszcze. Jeszcze masz czas.


Jutro.22


Część trzecia podkreśla charakter opisywanej przez Marjańską przestrzeni, której obce są reguły gry:


W ogród, w gąszcz – jak powrócić? Pomiędzy nich wszystkich


zgromadzonych tam nie według wieku


czy alfabetu – porządek obcy jest regułom gry.


Schodzą się przypadkowo, z różnych domów, z różnych


przystanków tramwajowych, ulic, szpitali, kołysek23


Opowieść zaczyna przypominać wędrówkę po piekle Dantego, które składa się z dziewięciu kręgów. Tutaj również mamy do czynienia z kręgami, a konkretnie z warstwami - przestrzeń rozrasta się nie tylko po powierzchni, ale w głąb, co umożliwia zejście w najmroczniejsze i najbardziej pierwotne obszary ludzkiej egzystencji - w miejsce spotkania życia ze śmiercią:


Upadają warstwami zgromadzeni na tym placu:


tych na górze ścina karabin maszynowy,


tych pod spodem przygniata ich ciężar.


Już się go nie pozbędą.


W dolnej warstwie mój ojciec


przeżywa swoją śmierć,


która przyjdzie po niego za dziesięć lat24


Kolejne części utkane są z coraz mocniej akcentowanych elementów grozy, wobec której człowiek pozostaje bezradny. Babka Rozalia pochyla się nad grobami swoich zmarłych młodo dzieci, gdy śmierć czai się w zakamarkach ogrodu, niczym wąż w krainie Eden. Kuzynka – łakoma życia malinowa panna25nosi w sobie nowotwór, rozstrajający się niczym grzech w jej dziewiczych wnętrznościach. Ta dziewiętnastoletnia dziewczyna umiera nagle porównana do Ofelii z obrazu Johna Everetta Millaisa i zatrzymana w stanie śmierci na wieki:


Dziewiętnastoletnia leżała w białym welonie mgły


nieruchoma, przejrzysta jak sopel,


włosy jeszcze płonęły południowym słońcem,


ale grabarz przysłonił je zielskiem


mówiąc: Biedna Ofelia


Od tamtej chwili, od wieków


sadzawka zaczęła ciemnieć, zarastać planktonem [...]26


Uczucie grozy i oczarowania wzbudza postać olbrzyma, kołyszącego w hamaku z pajęczyny małą, czteroletnią dziewczynkę, by zaraz potem ujrzeć jej śmierć. Najbardziej niepokojący jest jednak obraz szósty, z którego wyłania się postać szaleńca, który poprzez urojenie, czyni przestrzeń, w której się znajduje, podwójnie zagadkową. Marjańska rysuje wizerunek człowieka paranoicznie lękającego się piekła. Sfera sacrum okazuje się znacznie go przerastać, niczym profana, który nie jest przygotowany na takie spotkanie:


Przez chwilę, przez wiek


stoisz nad czeluścią rozwartą jak pysk


hipopotama, śmierdząca, różową,


orchidee obłędu rozchylają płatki27


Autorka buduje przestrzeń sacrum posługując się wieloma symbolami umożliwiającymi czytelnikowi tropienie sensu. W części dziesiątej takim symbolem jest to klepsydra odmierzająca czas metafizyczny:


[…] tutaj w ogrodzie,


rozsypuje się znowu


w jutro, wczoraj, dzisiaj,


ziarnka nadziei, miłości i wiary28


Kolejnym symbolem jest labirynt, będący specyficznym typem przestrzeni. Tutaj ogród został porównany do labiryntu greckiego Minotaura. Nie dziwi odwołanie się do mitu, ponieważ, jak pisze Jerzy Jarzębski (w tym przypadku o Schulzu, który obficie korzystał z dobrodziejstw mitów):


Labirynt stanowi jedną z dwóch najważniejszych form przejawiania się przestrzeni (obok różnych wersji przestrzennego porządku); kojarzy się zazwyczaj u Schulza z nocą, marzeniem, zejściem do głębokich warstw psychiki lub kulturowej tradycji.29


Podobnie u Marjańskiej labirynt jest znakiem ukrytych we wnętrzu człowieka pierwotnych doświadczeń. W poemacie z labiryntu wyłania się obraz matki, która już martwa, ale wciąż żywa, próbuje nawiązać kontakt z synem tak samo uwikłanym w labirynt historii i cierpienia jak ona:


Nie wolno mi cię pocałować, synku.”


Mutter, opowiedz mi o Grecji. Kreta


jest mi obca, zginę w labiryncie


Minotaura, jeśli nie rzucisz mi nici Ariadny.”


Nie zdążyłam nauczyć cię matczynej mowy,


synku, gdy weszłam w labirynt ogrodu.


I nie wiem nic o Grecji”30


Bardzo ważnym symbolem sacrum, który pojawia się w utworze już w części czwartej, a w rezultacie stanowi wyjaśnienie sensu całego utworu i tytułu tomu, jest drzewo życia rozumiane w kulturach pierwotnych jako axis mundi. Ów środek świata łączy sferę sacrum i profanum, spaja życie ze śmiercią, przemijanie z wiecznością. Babcia Rozalia z modlitewnikiem w dłoni wchodzi w drzewo niczym we wrota katedry, nie dostrzegając, że jest w ogrodzie31. W części jedenastej Mariańska pisze o drzewie genealogicznym, które rozrasta się od Serbii po Bałtyk - niektóre jego konary uschły, inne wciąż żyją, rodząc nowe liście32.


Symbol drzewa obecny jest w niemalże każdej społeczności pierwotnej i religii. Już starożytni Egipcjanie wierzyli, że z drzew rodzą się bogowie (Horus z akacji, Re z sykomory, Wepwawet z tamaryszku), ale również bóstwa drzew opiekowały się krainą umarłych33. Widać więc wyraźnie związek życia ze śmiercią. Także ludy celtyckie widziały w drzewie symbol łączności świata niższego z wyższym w nie mniejszym stopniu niż Majowie. Symbol ten pojawia się nie tylko w wierzeniach ludów pierwotnych, ale również w chrześcijaństwie. To przecież Jezus umiera nie na krzyżu, ale właśnie na drzewie życia, bowiem powstaje z martwych, wyzwala człowieka od grzechu, przebacza oprawcom. U Marjańskiej następuje utożsamienie drzewa z przestrzenią sacrum:


[…] słyszę głos wnuka Szymona, stanowczy,


przekonany, że wszystko jest możliwe,


nawet wdrzewowstąpienie z korzeni w koronę:


przyjdź tutaj do mnie”34


„Wdrzewowstąpienie” wydaje się być doskonałą metaforą i podsumowaniem powyższych rozważań. Dzięki symbolowi możliwe jest zanurzenie się w czasoprzestrzeni sacrum, odkrywanie jej archetypicznych sensów. Drzewo u Marjańskiej jest więc drzewem genealogicznym człowieka jako takiego, symbolem życia i śmierci,miejscem spotkania wieczności z doczesnością, wykraczającym poza fizykalnie rozumiany czas i przestrzeń. Ogród okazuje się być drzewem życia, drzewo życia ogrodem, który nie zna granic, rozrasta się wszędzie35, ujawniając archetypiczny porządek wszechrzeczy.


* * *


Przykładów na zaprezentowane przeze mnie rozumienie czasu i przestrzeni w poezji Marańskiej jest niezwykle dużo. W tym miejscu mogłam pozwolić sobie tylko na interpretację zaledwie kilku utworów, pomijając chociażby kwestie przestrzeni snu, który u Marjańskiej jest pośrednikiem między sacrum a profanum. Na zakończenie chciałabym powrócić do archetypu dzikiej kobiety, bez wytropienia którego nie udałoby się zinterpretować czasu i przestrzeni, w sposób, który zaproponowałam. Estès pisze:


Dzika kobieta jako archetyp jest niepowtarzalną, niewyrażalną mocą zawierającą w sobie bogactwo idei, obrazów i szczególnych znaczeń dla ludzkości36.


Marjańska tworzy postać kobiety, która w takich znaczeniach swobodnie się porusza. Pomimo postępującej laicyzacji społeczeństw, zachłyśnięciem się postmodernistyczną estetyką, poezja wciąż zachowuje szkielet, z którego od początku budowana była sztuka - fundament duchowości porządkującej codzienne doświadczenie. Niech więc ten cytat posłuży jako podsumowanie niniejszego tekstu:


Wyrwana z pradziejów


z głębiny


chłodnego morza


wracam na ziemię


bosymi stopami


stoję w rzeczywistości37


Bibliografia:


1. Estès Clarissa Pinkola, Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, przeł. A. Cioch, Poznań 2001.


2. Marjańska Ludmiła, Blizna, Warszawa 1986.


3. Marjańska Ludmiła, Córka bednarza, Warszawa 2002.


4. Marjańska Ludmiła, Druga podróż, Warszawa 1977.


5. Marjańska Ludmiła, W koronie drzewa, Warszawa 1979.


6. Marjańska Ludmiła, Żywica, Warszawa 2001


7. Rega Artur, Człowiek w świecie symboli. Antropologia filozoficzna Mircei Eliadego, Kraków 2001.


8. Słownik schulzowski, pod red. W. Boleckiego, J. Jarzębskiego, S. Rosiaka, Gdańsk 2003.


9. Słownik terminów i pojęć filozoficznych, pod red. A. Podsiada, Warszawa 2001.


10. Święte symbole. Ludy. Religie. Misteria, pod red. R. Adkinsona, Warszawa 2009.





1 L. Marjańska, Córka bednarza, Warszawa 2002, s. 33.




2 A.P. Estès, Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, przeł. A. Cioch, Poznań 2001, s. 37-38.




3 Zob. A. Rega, Człowiek w świecie symboli. Antropologia filozoficzna Mircei Eliadego, Kraków 2001, s. 152.




4 Zob. R. Carllois, Człowiek i sacrum, Warszawa 1995, s. 111.




5 L. Marjańska, Blizna, Warszawa 1986, s. 12.




6 Tamże, s. 8.




7 Tamże, s. 11.




8 Taż, W koronie drzewa, Warszawa 1979, s. 13.




9Tamże, s. 53.




10Tamże, s. 10.




11 Taż, Blizna, Warszawa 1986, s. 43.




12 Taż, W koronie..., s. 5-6.




13 Zob. Słownik terminów i pojęć filozoficznych, pod red. A. Podsiada, Warszawa 2001, s. 783.




14 L. Marjańska, W koronie..., s. 8.




15 Zob. Słownik terminów …, s. 371-372.




16 L. Marjańska, W koronie... , s. 61.




17. Zob. Słownik terminów..., s. 927.




18 L. Marjańska, Żywica..., s. 22.




19 Taż, Druga podróż, Warszawa 1977, s. 54-55.




20 L. Marjańska, W koronie..., s. 63.




21 Tamże.




22 Tamże, s. 64.




23Tamże.




24 Tamże, s. 65.




25 Tamże, s 66.




26 Tamże, s. 67.




27 Tamże, s. 69.




28 Tamże, s. 71.




29Słownik schulzowski, pod red. W. Boleckiego, J. Jarzębskiego, S. Rosiaka, Gdańsk 2003, str. 186.




30 L. Marjańska, W koronie..., s. 70.




31 Zob. tamże, s. 66.




32 Zob. tamże, s. 72.




33 Zob. Święte symbole. Ludy. Religie. Misteria, pod red. R. Adkinsona, Warszawa 2009, s. 40.




34 L. Marjańska, W koronie..., s. 72.




35 Tamże, s. 69.




36 C.P. Estès, Biegnąca..., s. 38.




37 L. Marjańska, Żywica, Warszawa 2001, s. 12.

Redakcja Babińca Literackiego zaprasza!

 Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy! Po dłuższej przerwie w blogowaniu, przedstawiamy Państwu obecny skład redakcji Babińca Literackiego...