I
dzień jedenasty
Magdalena Tyszecka
****
czasem zanim tu wyjdę myślę sobie nie powiem
to co się we mnie warzy jest za ciężkie urwie siatkę
nie wiadomo czy współczuć czy płakać przy tym czy
nie wyjdzie ze mnie
bo nie wychodziło długo brałam oddech jak do pytania ej, a..?
słowa wisiały przy zębach i obok była pewność że to będzie ważne i że to trzeba powiedzieć i
między mnie a prawdę wciskał się zimny lepki pot
że to co chcę mówić jest tak daleko od tego kim mam być
że próbuję wydobyć melodię a nie mam takich rejestrów
miałam tu mieć pudełko z głosem
miałam tu mieć odruch dzwonią dzwonkiem innym piana cieknie z pysków
a ja się boję że to będzie mój koniec i chcę uciekać uciekać
i nie mówiłam łykałam do brzucha i dalej mi serce biło a moment mijał
łatwiej było dokończyć
a wiesz że są takie ćmy co nocą piją łzy śpiących ptaków bo tak wyrównują sobie poziom sodu?
i byłam bezpieczna bo na takie coś można usłyszeć najwyżej
no no co ty masz w głowie.
ej
w ten biały szum i niesmaczny żart
w ten pobłażliwy ton w złapanie w pół jakby dół moich pleców był własnością spółdzielni
i w upupianie i pomijanie i zagarnianie i umniejszanie chciałabym wznieść toast
chciałabym wznieść toast
zdrowie wściekłych panien
może jeszcze przyjdą
bo mi się trudno rozgniewać
boję się że nie przetrwam zajęcia pozycji
zaciągną mnie do więzienia dla złych ludzi
bo nie miałam prawa być ZŁA
bo ja miałam być dobra to znaczy
grzeczna miałam być
siedzieć ze złączonymi nogami i wyrażać złość sznurując usta
zdrowie nabiegłych krwią oczu
wreszcie nie od płakania przy zgaszonym świetle kiedy wciągasz mocniej gile patrząc w sufit
dychasz cichutko w częściach harmonijki
hy hy hy hy i czekasz aż ten duch się scali
żeby ludzie nie widzieli że nie jesteś zawsze Święte Świetliste Słoneczko
uśmiechnięte albo cnotliwie stroskane jak wściekłe znaczy chore
dobre dziewczynki nie idą do nieba
z dobrych dziewczynek wyrastają udręczone kobitki
a ich nocnych łez nie spijają żadne ćmy tylko normalnie im ściekają do uszu
bo z tej grzeczności nie ma żadnego pożytku w ekosystemie
w systemie jest
zdrowie nagłej krwi niech zalewa wszystko zamiast psuć półgębkiem
tej krwi nie można zepsuć niech więc nareszcie
szlag jasny trafi wszystkie nie do twarzy
złość piękności szkodzi
a ja nie obiecywałam nikomu że będę piękna
ja tylko mam deal z życiem że je przeżyję a nie przeczekam
ej
nawet teraz kiedy wreszcie krzyczę
krzyczę w akapitach
spiłowałam wkurw w migdałowy kształt żeby się zmieścił między moją twarzą a cudzą
bo schrypły wrzask nie wypełzł mi na usta
został tuż za wędzidełkiem
pulsując na niecierpliwym sercu w gardle
i kruka można nauczyć żeby ćwierkał przepraszam
albo że gniewna kobieta jest niestabilną nogą stołową
że dzikość jest nieudomowieniem
że wściekają to się same z powietrza i tylko wariatki
zdrowie wściekłych panien
niech nareszcie przyjdą
czasy kobiet co mają pióra mokre od porannej mgły nad lasem
i ucho czujnie strzyżące i oko niezmrużone na wschód
ukradli mi pudełko z głosem
to będę teraz
krakać
Magdalena Tyszecka (ur. 1995), slamerka. Studentka psychologii z Krakowa, wielbicielka starych drzew. Zwyciężczyni III Ogólnopolskich Mistrzostw Slamu Poetyckiego w Poznaniu oraz 14 i 16 edycji Spoke’n Word Festival w Warszawie.
II
Dzień dziesiąty
Marzena Orczyk-Wiczkowska
la ciudad de la muerte
I.
maria jest jak biała migdałowa landrynka
pożądana najbardziej ze wszystkich dziewcząt
przyglądają się jej chłopcy z klubów milongi
kierowcy brudnych autobusów
w piątki zamienia roboczy kombinezon
na sukienkę z pacyfką, zdejmuje cudowny medalik
maria kusząca los. maria pijąca drinki
z obcymi mężczyznami, nieświadoma tego
co się stanie. maria leżąca na polu bawełny
nie pierwsza, nie ostatnia
II.
szkolono nas od małego. matki kochały bezgranicznie, ojcowie bili
gdzie popadnie. nie wysłuchał nas święty juda tadeusz, patron spraw
beznadziejnych. skwierczały przypalane zapalniczką włosy naszych sióstr
medaliony z wizerunkiem matki boskiej kładliśmy pod poduszkę
(nosić je – świętokradztwo, nie nosić – grzech). od grzechów wszelakich
nie zachowałeś nas, panie. gniew odbierał nam rozum jak narkotyk dusze
ciałom zaginionych dziewcząt. kręciliśmy z nimi filmy. podobały się nam
piękne, słodkie dziewczyny w niebieskich sukienkach. kelnerki, pracownice fabryk
urzędów. kiedyś je znajdziecie, wszystkie. póki co, módlcie się i stawiajcie krzyże
*
Marzena Orczyk-Wiczkowska – poetka, prozaiczka, autorka powieści pt. “Ostatni cud” (Lira, 2020),
tomików poezji: "Ranne pieśni" (Kwadratura, 2020), "Adult canal" (Stowarzyszenie Żywych Poetów,
2019), „Grypsy z Panoptikonu” (MaMiKo, 2010) oraz zbioru opowiadań pt. „Klatka” (e-bookowo, 2017).
Na co dzień pracuje jako psycholog. Mieszka w Dąbrowie Górniczej.
III
Dzień dziewiąty
Ewa Henry-Dawson
Ariadna
Na brzegu wanny Ariadna w trzeciej ciąży
brudnym kapciem rozgniata rybiki,
których nie dopadły pająki.
Z kąta złowrogo wpatrują się w nią
Jednoocy:
Clorox, Javox i Domestos.
Musi jeszcze wyprowadzić psa
a Tezeusz znowu utknął w korku
(tak twierdzi)
więc niech idzie spać i nie czeka na niego.
Ariadna odrywa wysnutą nić
ze starego szlafroka
i spuszcza wodę.
Ewa Henry-Dawson, urodziła się w Polsce mieszka w Kanadzie. Feministka od 1966. Robi trochę wszystko. Maluje akwarele, ilustruje, walczy o żeńskie końcówki. Pisała felietony do Pinezka.pl, Business&Beauty i polonijnego Dziennika Gazeta. Ciągle jeszcze bardziej lubi ludzi niż ich nie lubi.
IV
Dzień ósmy
Lidia Szpulka
Ciąg dalszy programu socjalizacyjnego dla młodych dziewcząt
Ewie Skarżyńskiej
Minęły lata, lubią mnie wszyscy,
a ja mam lęki, wrzody i cysty.
Ktoś mnie obraża i szpile wbija -
nic nie poradzę:
wciąż jestem miła!
Ktoś na mnie gwiżdże, pluje z daleka,
ja spuszczam oczy i się uśmiecham.
Gdy mnie ktoś popchnie, aż się przewracam,
to zaraz pierwsza grzecznie przepraszam.
Gdy nieproszony za pierś mnie łapie,
zbliża zanadto i w ucho sapie -
nie chcę przypadkiem mu uczuć zranić
i być tą, co się „nie umie bawić”.
Bardzo się boję, że tak się stanie,
że kiedyś ktoś mnie lubić przestanie!
Więc mówię stale: dziękuję, proszę
i wprost swojego życia nie znoszę!
Lidia Szpulka - urodzona w grudniu. Lubi trącać napięte struny i patrzeć na poruszenie.
V
Dzień siódmy
Irina Kotowa
historia pięciu
dziewczynki zostawiają odciski palców
na łóżkach oddziału ginekologii zachowawczej
cztery z pięciu – nieletnie
wszystkie – bały się powiedzieć mamie
wszystkim – przerwano ciążę w zaawansowanym stadium
żadna z matek nie podała do sądu
ciąża 1
kiedy karina miała 11 lat
mama otworzyła drzwi nieznajomemu mężczyźnie
to jest twój ojciec
chce się z tobą spotykać w weekendy
na pierwszym spotkaniu powiedział –
tak wszyscy ojcowie robią ze swoimi córkami
pierwsze dwa lata przed spotkaniem z nim płakała
wspominała – życie bez ojca było bez bólu
on uspokajał dawał prezenty – złotą biżuterię
potem zamknęła się w sobie
jak tylko przyznała się do ciąży – zażądał zwrotu wszystkich prezentów
zwyzywał od dziwek
wyrzucił ze swojego mieszkania
mama myśli – moje dziecko nie ma ojca
i dlatego o nic nie pyta –
z jakiegoś powodu szeptem wyznaje dziewczynka
ciąża 2
nastia w nocy zakrada się do lodówki w gabinecie zabiegowym
tam są zamrożone dziecięce zwłoki
pokazuje palcem – mam bliźniaki
dwie dziewczynki
nie przypominają morskich jeży żółwi myszy
jak inne
widzisz – są najpiękniejsze
zmusił ją do współżycia ojczym
groził zabiciem mamy
na przerwanie ciąży
trafiła ze szpitala psychiatrycznego
matka nadal mieszka z ojczymem
ciąża 3
masza znała go odkąd tylko sięga pamięcią
był jasnowłosym chłopcem pięć lat od niej starszym
przynosił do ich domu mleko od swojej krowy
siadał w kącie pod ikonami pił herbatę ze słodyczami
pewnego wieczora w czasie wakacji
zaprosił ją do domu kultury na dyskotekę
po drodze zaproponował żeby pójść obejrzeć cielaka
kiedy przewrócił ją na brzuch na siano
myślała: bawi się jak wcześniej – w kozaków rozbójników
nigdy nie sądziłam
że oni mają coś takiego
strasznego
nienawidzę
wszystkich nienawidzę –
w histerii krzyczy masza
ciąża 4
było ich trzech
tak właśnie żartowali – bóg trójcę lubi
zarazili syfilisem
potem brzuch wylazł z dżinsów
dziecko olesi urodziło się żywe
całą noc krzyczało na parapecie
bezdzietna pielęgniarka na dyżurze zasłaniała dłońmi uszy
bez przerwy wydmuchiwała nos w bandaż
tej nocy na oddziale nikt nie spał
matka dziewczynki nie poszła na policję –
ze wstydu
ciąża 5
po usunięciu marina przez dwie doby nie je ani nie pije
płacze w poduszkę
powtarza że to jest nauczka –
z moimi genami jest coś nie tak
koniec – więcej nie mogę zajść w ciążę
nie było tam żadnej deformacji
w sekrecie donosi mi lekarz
wszystko normalnie
zamożna teściowa uważa
że to jest nie jest partia dla jej syna
jakoś rano przychodzi teściowa
przynosi owoce
przytula marinę do siebie głaszcze po głowie
lubiłam łapać je za piętkę przez brzuch –
prawie bezgłośnie mówi marina
…………………..
chodźcie wszystkie staniemy się ptakami i będziemy żyły na jednym drzewie –
wypisując się wymyśla olesia –
są takie drzewa
daleko stąd
Irina Kotowa – rosyjska poetka i prozaiczka, doktor nauk medycznych. Urodziła się w Woroneżu, mieszka w Moskwie. Absolwentka Państwowego Uniwersytetu Medycznego w Woroneżu oraz Instytutu Literackiego im. Gorkiego w Moskwie. Autorka książek poetyckich: „Podwodnaja łodka”, „Biełyje nogi dieriewjew”, „Anatomiczeskij tieatr”. Laureatka nagrody Moskowskij scziot (2018).
VI
Dzień szósty
Katarzyna Dworaczyk
Gdy matka nie jest domem
5. Matka
– Nie możesz od niego odejść! – prawie jej to wykrzyczała.
– Mogę! Nie jestem szczęśliwa – odpowiedziała z pewnością, ale taką, która trwa tylko chwilę i może zostać łatwo podcięta.
– Nie! Weźmiesz cały swój syf i nieprzepracowanie do następnych relacji! – zaczynała już prawie krzyczeć.
– Mamo, ja nie jestem szczęśliwa, ten związek jest przemocowy, nie chcę dłużej w nim być – mówiła, jakby do niej docierało, że matka zupełnie tego nie słyszy, jakby przemocowy partner i brak szczęścia nie były argumentami, by się rozstać. Niepojęte.
– Przecież ci mówię, że w następnym będziesz miała tak samo, jeśli tutaj nie uzdrowisz! – powiedziała, sylabizując, ze środka swojej prawdy.
– Ale ja nie chcę! – brzmiało to tak, jakby odmawiała zjedzenia ryby podanej przez matkę na obiad.– Ja już nie chcę z nim być – skończyła to zdanie ze smutkiem. A zaczynała tę rozmowę z poczuciem pewności, która nadal gdzieś tam się tliła. Teraz poczuła smutek, tak długo przykrywany pewnością i przekonaniem, że wszystko zniesie.
– Dziecko, wiem, że ci trudno. Ja też miałam z ojcem trudne momenty, ale wytrwałam – ta wypowiedź miała być zachętą w swej intencji, do wytrwania w przykrościach, znoju, krwi i szturchaniu. Ale córka stała już na skraju tego wytrwania. Spoglądała na miejsce poza krąg. Poza krąg, w którym stała jej matka, jej babcie i prababcie.
– Wracaj do kręgu, nie możesz wyjść, zobacz, my tu stoimy, my wytrwałyśmy – mówiła, matka wypowiadała to w milczeniu.
– Mnie bił i zdradzał, a i tak zostałam – dopowiada babcia.
– Możesz pokazywać, że jesteś nieszczęśliwa, możesz marnieć i złościć się, możesz bywać agresywna, ale odejść nie możesz - przedstawia jej kodeks prababcia.
– My nie odeszłyśmy – powiedziały wszystkie – a każda z nas chciała.
Stopa córki jest już poza kręgiem, w nadziei na dobro, w nadziei na bycie widzianą, w marzeniu o czułym traktowaniu.
– Ja tak nie chcę – mówi cicho, karmiąc tę nadzieję. Na razie rzuca jej okruszki.
Matka się wściekła.
– Jak ty śmiesz inaczej – mówi przez zaciśnięte zęby. Córka ordynarnie, swoim pragnieniem czułości pokazuje jej, że można inaczej, że można NIE. Ona nie mogła NIE, ona musiała TAK. Ona musiała wystać, a nawet nie wiedziała, że może NIE. Jej świat się wali, wypluwa złość. Przecież nie jest głupia. Jaka była głupia! Odwraca się do babci i wykrzykuje pretensje:
– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że mogłam inaczej? Dlaczego mi tego nie pokazałaś swoim życiem? Dlaczego pozwalałaś na zdrady i picie? Dlaczego odwracałaś wzrok, jak mnie bił, najpierw ojciec, potem mąż? Dlaczego nie mogłam zobaczyć w twoich oczach, że to złe, że powinno być inaczej? Że to trudne, że boli? – robi się taka mała i taka krucha. Jakby to całe jej wystanie skruszało się i opadało wokół. Klęczy na ziemi i zaczyna płakać nad sobą. Chyba pierwszy raz. Nie patrzy już na córkę, bo sama nią jest dla swojej matki. Dziewczynka.
– Umiałam tylko wystać – mówi jej matka – tylko to umiałam.
– I ja – mówi jej prababcia.
Matka podnosi głowę, a tam ich stoją setki. Pokazują rany, pokazują swoją sztywność, pokazują, jak zamknęły złość i schowały ją głęboko, w mięśniach łydek, w macicy, w ramionach, a najwięcej w zaciśniętych szczękach i w oczach, które tyle by powiedziały, gdyby ktoś spojrzał widząc. I one w końcu na siebie patrzą, chodzą między sobą, mówią “widzę cię”, mówią “tyle wycierpiałaś”, mówią “złość jest dobra”, mówią “to bolało, widzę jak cię bolało”, “to jest czas, by to opłakać, , płacz”...
Córka patrzy na to, co się dzieje i opłakuje je wszystkie. I boi się, bo jest inna, straci je, jak wyjdzie. Bycie tam, z nimi, jest takie kuszące, takie wspólne.
– Ja wyjdę – mówi córka.
– Tobie się uda, jako pierwszej – mówią do niej – a my stoimy, tuż za tobą. Czujesz naszą siłę?
– Czuję – odpowiada.
Katarzyna Dworaczyk - autorka, terapeutka, publikuje opowieści graficzne w Polsce i za granicą, w ramach rezydencji artystycznych i wystaw pokazuje ludzkie historie, wyprowadzane z nich prawdy o życiu - ludziach, relacjach, świecie. Działa artystycznie - napisała książki: "Wszystko, co jest teraz zaczęło się tam", w której zilustrowała wydarzenia ze swojego dzieciństwa; tworzy filmy dokumentalne o babciach, które przeżyły II wojnę światową; jest także autorką książek: "Minimediacje z dziećmi. O dzieleniu się, docenianiu, przepraszaniu i świętowaniu", "Herstoria/ Herstory/ Historie 1918/1919" oraz "Kim chciałaś być, gdy byłaś dzieckiem? Dzieckiem”. Pochodzi z Gdyni, mieszka w Poznaniu.
Autor zdjęcia: Janusz Jurek
VII
Dzień piąty
Iza Smolarek
Ü
rozdarłeś mnie na papier na kredę i kamień
otwartą dłonią która spadła z lustra wprost
w moje oczy w kilka chwil od niczego
może mój akord był fałszem być może
zgubiłam ścieżkę i cień może przerosły mnie
gamy pasaże pełne usterek być może zabolała
myśl o kobietach które mogłyby zostać
moją biologiczną żoną a szły przeklinając
historię silną jak biodra
być może twoja mama gdzie była wtedy
w pobliżu kiedy kopałeś to zwierzę
dobrze ułożone
w znak zapytania w liść rododendronu
w paprotkę i umlaut
~
Ü - jako tytuł - wziął się z jednej strony jako symbol pruskiego, zimnego wychowania, gdzie przemoc wobec dzieci była na porządku dziennym. A z drugiej - jako graficzny znak skulonej dziewczynki/później kobiety.
Iza Smolarek, poetka, pisarka, fotografka, dziennikarka, graficzka. Studiowała nauki polityczne oraz socjologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Finalistka Dżonki – nagrody imienia Stachy Zawiszanki na najbardziej interesujący poetycki debiut książkowy – „się lenienie” (Wydawnictwo Portret, 2006), który również był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia. Autorka tomu „Stany zmysłowe” (Liberum Arbitrium, 2007) oraz powieści kryminalnej „Wilk” (Wydawnictwo SuperNowa, Warszawa 2006), za którą otrzymała główną nagrodę w konkursie na najlepszą współczesną powieść detektywistyczną, organizowanym przez Wydawnictwo Rzeczpospolita. Ostatnio (w 2021r.) wydała, nakładem Fundacji Duży Format, książkę z wierszami pt.”Obca”. Współautorka antologii poetyckich i prozatorskich. Wiersze publikowała m.in. w: „Odrze”, „Akcencie”, „Migotaniach”, „Toposie”, „Frazie”, „Portrecie”, „Akancie” oraz w czasopismach literackich w Wielkiej Brytanii oraz Stanach Zjednoczonych. Laureatka wielu konkursów literackich. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury (2006). Obecnie współpracuje m.in. z Radiem Wnet, dla którego współprowadzi Studio Londyn oraz autorską audycje PopArt. Od 2007 roku mieszka w Anglii. Członkini Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie.
Bibliografia:
Współpracuje z zespołem ReVival, dla których pisze teksty:







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz